głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

środa, 27 lutego 2008

Reguły:

  1.  Podać link osoby, która nas "ustrzeliła"
  2. Zacytować na swoim blogu reguły zabawy
  3. Wpisać 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat
  4. "Strzelić" do następnych 6 osób

1. Ustrzeliła mnie mbmm

2. Powyżej.

3.

  • Mam małą manię natręctw - potrafię np. 4 razy cofać się spod drzwi, żeby sprawdzić, czy wszystko wyłączyłam i poprawiam rzeczy krzywo ułożone (coś na kształt Munka).
  • Jak mbmm śpiewam sobie w samochodzie do radia, ale tylko gdy jadę sama.
  • Jako maniaczka zwierząt za młodu wyhodowałam z gąsiennicy ćmę (przeszła zwycięsko etap poczwarki).
  • Sama się sobie dziwię, że biorę udział w tej zabawie, bo zazwyczaj jestem cyniczna i antyspołeczna ;)
  • Panicznie boję się latania, w związku czym na razie moje podróże ograniczam do Europy.
  • Jestem uzależniona od marcepanu. Poważnie uzależniona.

4. Strzelam do Eri, Zuzanki, Siwej, Iskanny, Wonderwoman oraz Fridy.

Teściowa obdarowała mnie kilogramami mrożonych truskawek, malin i borówek ze swojego ogrodu, co bardzo mi konweniuje, bo wraz z Dużym Sierściuchem uwielbiamy robić sobie koktajle. Dziś, z powodu znikomej ilości mleka w domu i uzasadnionej w godzinach wieczornych niechęci do nagłych wypraw sklepowych, udało mi się spreparować nie tyle koktajl co sorbet. Co prawda machina mieliła wszystkie składniki trzy razy dłuzej, ale wyszło przepyszne. Wrzuciłam toto do półlitrowych (a co! raz się żyje) pucharów i zasiedliśmy do uczty.

A kot, jak to kot. Nie byłby sobą, gdyby nie przyszedł na inspekcję. Najpierw grzecznie siedział przy kanapie i spoglądał badawczo, czy przypadkiem się nie złamię i nie dam mu spróbować tej krwistoczerwonej mazi. Nie złamałam się, więc Aaron przystąpił do planu B i wskoczył na sofę.  Tylnimi łapami unieruchomił mi nogi, jedną przednią oparł o mój brzuch, żebym przypadkiem nie wciągnęła w siebie całego pucharu na raz, a drugą przygwoździł klatkę piersiową do oparcia. W tej pozycji mógł bez przeszkód obwąchać sorbet i zaaprobować go jako zdatny do spożycia.

Gdy zatem skończyłam konsumpcję, w ramach wdzięczności postawiłam puchar na podłodze, żeby ostatecznie zaspokoić ciekawość kota. I tu się pojawił problem. O ile wylizanie brzegów pucharu nie sprawiło mu trudności, o tyle dostanie się do dna, gdzie, jak wiadomo, zbierają się te najlepsze resztki, było niemożliwe. Obwód pucharu pasował bowiem niemalże idealnie do obwodu głowy kota. A jako że język Aarona nie przypomina języka mrówkojada, wszelkie wysiłki kota spalały na panewce. Koniec końców Aaron sięgnąl do dobroci łapką, co mi się nieco mniej spodobało, bo zamiast od razu ją oblizać, postawił na podłodze i odbił jagodową pieczęć. Zabrałam mu zatem puchar i dałam do pooblizywania palce umaczane w sorbecie. Co też i uczynił.

No i teraz znów się zastanawiam, ile kota jest w moim kocie, skoro lubi truskawki i inne jagodowate...

wtorek, 26 lutego 2008

Koty zazwyczaj potrafią wszystko. Chodzą po cieniutkich linach jak akrobaci, bez problemu sięgają półek, do których człowiek wspina się po drabinie, wślizgują się w szczeliny niedostępne nawet roztoczom, no i zawsze spadają na cztery łapy. Przychodzi jednak taki dzień, gdy szczęście kota się kończy. Dziś to właśnie Aaron poznał bezwzględne prawa grawitacji. I to dwukrotnie.

Na początek podczas rytualnych gonitw po moim powrocie z pracy uciekający kot postanowił wskoczyć na parapet w kuchni. Nie obliczył jednak dobrze współrzędnych, odbił się od szyby i zleciał na podłogę. Zamroczony usiadł na drżących jeszcze od adrenaliny łapach i popatrzył na mnie z wyrzutem. A co ja na to mogę, że parapet wąski?

A wieczorem postanowił ułożyć się do drzemki na parapecie w pokoju. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności  położyłam na nim wcześniej parę kartek, które w żaden sposób nie mogły dać punktu zaczepienia kocim łapom. Widok przednich łap zsuwających się wraz z kartkami z parapetu i tylnich machających w powietrzu, zdziwionej miny Aarona, a potem kota walczącego jeszcze o pozycję w zwisie na kaloryferze był ukoronowaniem dnia. Popłakałam się ze śmiechu. A kot, którego duma pacnęła z hukiem o podłogę, w osłupieniu ułożył się obok niej i znieruchomiał, przez następną godzinę rozpamiętując obydwie klęski.

Ja natomiast się zastanawiam, czy z jabłkiem w łapie przedstawić kotu ideę grawitacji, czy po prostu uprzątnąć wszystko z parapetów, a pod nimi podłogi wyłożyć na sposób wschodni licznymi poduchami...

poniedziałek, 25 lutego 2008

Za oknem temperatury dodatnie, i to nawet bardzo jak na luty, ptaszki ćwierkają, a Aaron dostaje na ich dźwięk/widok szału. W weekend rano przyłapałam go stojącego przy zamkniętym oknie balkonowym, gdy świergotał do sikorek i wodził tęsknym wzrokiem za ich kuperkami. Niestety pozostałam nieugięta i nie otworzyłam mu drzwi. Dziś natomiast Duży Sierściuch wcześniej wrócił sobie do domu, w związku z czym po pracy zastałam widok przyprawiający o palpitacje.

W pokoju przy szeroko otwartym oknie stał sobie DS z papieroskiem, a kocur wywalony na wpół za okno starał się nosem złowić wszystkie przelatujące zapachy. Na mój wrzask, że jak kot wyskoczy (pierwsze piętro) to mu (znaczy się DS) nogi z dupy powyrywam i to będzie dopiero początek, otrzymałam chłodną odpowiedź, że to już nie pierwszy raz sierściuchy się tak bawią i wszystko jest pod kontrolą. Przez następne 15 min. krążyłam zatem po pokoju jak lwica, której zabrano młode, a DS perorował Aaronowi, co widać za oknem. Koniec końców kot ułożył się na parapecie i zaczął kontemplować przyrodę:

okno

Wieczorem natomiast DS dostał za swoje. Oparty o parapet palił znów papieroska, a kot krążył wokół niego, próbując dostać się na parapet. Nie było to jednak łatwe, bo parapet mamy zagracony, a i DS ma swoje gabaryty. Zniecierpliwionemu kotu postanowiłam zatem pomóc i voila:

okno1

A propos: nie róbcie tego sami w domu. O ile postawienie kota na plecach jest łatwe, o tyle ściągnięcie go, jeśli kot nie wyraża na to zgody, jest niemalże niemożliwe i kończy się wczepieniem pazurów we wspomniane plecy :D

Po powrocie z pracy i obiadku nadchodzi czas na odpoczynek na kanapie. Ja czytam książkę, Duży Sierściuch tarmosi kota i nic nam się nie chce...

DS: [powtarza kwestię z jakiegoś serialu] To co kochanie? Będziemy razem?

Ja: Nie.

DS: To kiedy rozwód?

Ja: Jak wrócimy z Pragi.

Po chwili ciąg dalszy dialogu...

DS: Podaj mi gazetę.

Ja: Nie.

DS: Coś nie możemy się dogadać.

Grunt to być konsekwentną w odpowiedziach :D

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5