głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

poniedziałek, 16 lutego 2009

Z powodów opisanych na końcu poprzedniej notki na jakiś czas zawieszam działalność bloga. Muszę urodzić, a dodatkowo ogarnąć setkę spraw osobistych i urzędowych, pozbierać się psychicznie do kupy i wyjść na prostą. Ostatni miesiąc dał mi wyjątkowo w kość (o czym jednak rozwodzić się tu nie zamierzam), więc muszę nieco przeorganizować nasze życie, a to wymaga czasu. Oczywiście, jeśli karma się odwróci i szybciej przestanę się czuć jak tytułowy bohater Księgi Hioba, to zapewne wrócę szybko, ale nic obiecać nie mogę.

Dla wielbicieli Aarona na koniec napiszę jedynie, że gdyby nie on, ostatnie tygodnie byłyby nie do przejścia. Nie ma to jak kot, który przychodzi do człowieka, wyczuwając zły nastrój, i uwala się obok pozwalając bez końca miziać się po brzuchu. I wcale nie jest to oznaką jego egoizmu - nikt, kto nie ma kota, nie zrozumie, jakie działanie uspokajające i terapeutyczne ma ta prozaiczna czynność, której dodatkowo towarzyszy mruczenie kłębka sierści owijającego się wokół miziającej dłoni. 

leniwiec

...samochód. Cieszyłam się nim niemalże równiuteńko przez rok, jeśli ktoś jeszcze pamięta ten wpis. Cieszyłam, jako że od wczoraj dzięki głupiej pindzie, o której niżej, samochód mój nadaje się tylko i wyłącznie do kasacji. Na szczęście Duży Sierściuch, który nim jechał, wyszedł cało z opresji, nie licząc drobnych zadrapań od wybitych szyb i poobijanych rąk. A jak to się stało? Poniżej opis ku przestrodze (czyt. nawet brak zaufania do wszystkich i oczy wokół głowy nie zawsze dadzą radę na drodze).

W niedzielę wieczorem DS jechał sobie przez miasto, nie wadząc nikomu, puściuteńkim lewym pasem dwupasmówki. Pusty pas spodobał się również wspomnianej blond pindzie, która stwierdziła, że nie ma ochoty wlec się w ogonku prawym pasem. No to sobie pas zmieniła swoim volvo, niestety bez migacza i nie patrząc w lusterko. Dlaczego? Bo akurat pierdoliła ze swoją siostrą i pijanym szwagrem o ich ślubie, który był dwa dni wcześniej. Skutek? Walnęła lewą stroną przodu swojego auta w prawy tył i prawą tylną oponę samochodu DS. Gdyby pinda pracowała w policji w USA zapewne dostałaby medal, bo trafiła idealnie w ten punkt, w który policjanci walą ścigane samochody, żeby zmienić ich trajektorię ruchu. I tak też się stało. Biorąc pod uwagę dodatkowo temperaturę -2 i mokrą nawierzchnię, nic dziwnego, że DS stracił kontrolę nad autem, które zaczęło skręcać w prawo. Na nieszczęście po prawej, czyli na prawym pasie jechał akurat peugeot 206, w który DS uderzył. Efekt? Widowiskowo dachujące przez 20 metrów renault DS i peugeot.Następstwa? Dwie karetki, straż pożarna i policja. DS na własne życzenie wypuszczony do domu, kierowca peugeota zabrany do szpitala, dwa auta do kasacji, a w volvo pindy uszkodzony jedynie lewy przód zderzaka. Z resztą sami możecie zobaczyć niżej, co zostało z samochodu.

Siłom wyższym i projektantom renault będę do końca życia dziękować za to, że DS wyszedł z wypadku bez szwanku. Gdyby jechał jakimkolwiek innym, mniejszym autem, skutki mogłyby być opłakane, ale nie na darmo renault ma najwyższe noty, jeśli chodzi o bezpieczeństwo podczas wypadków. Pikanterii całej tej historii dodaje natomiast fakt, że jutro jadę do szpitala na wywołanie porodu. Tak, jestem w ciąży, nieco w dodatku już przeterminowanej, o której radościach (mniejszych) i uciążliwościach (większych) pisałam sobie a muzom na innym blogu (w przypadku pytań od razu informuję, że nie, na razie nie zamierzam go udostępniać).  Gdy pomyślę sobie zatem, że dwa dni przed zgłoszeniem się do szpitala mogłam zostać wdową, a dziecko pogrobowcem, to znów mnie trzęsie... 

wrak1

wrak2

wrak3

niedziela, 08 lutego 2009

Jakiś czas temu, pewnego popołudnia Aaron zaczął się dławić. Dławić na wymioty. Radośnie stwierdziliśmy, że w sumie najwyższy czas, kot ma prawie dwa lata, to może już rzeczywiście powinien jakiś kłębek włosów wypluć. Niestety, kot okazał się na tyle dobrze wychowany, że co mu się cofnęło trochę, on natychmiast na siłę wtłaczał to w siebie z powrotem. Takie bezskuteczne próby zwymiotowania czegokolwiek powtórzyły się jeszcze kilka razy, więc szybko nabyliśmy pudełko nasion trawy dla kotów, co by Aaron miał fachową pomoc. Kot po tygodniu naszego pielęgnowania trawki z entuzjazmem przywitał świeżą zieleninkę i przystąpił do konsumpcji. Stan na dziś: dwa tygodnie uzupełniania diety w chlorofil i zero wymiotów. Może u niego trawa działa jak błonnik zamiast jak środek wymiotny...

trawa1

trawa2