głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

poniedziałek, 22 grudnia 2008

DS sobie zażyczył, żeby jednak jakieś mini akcenty świąteczne wprowadzić, choć nie przywiązujemy do świąt większej wagi. Uznałam, że mogę, bo ładne ozdóbki to ja, owszem, lubię, a ponadto jakby nie patrzeć, to będą pierwsze święta Aarona w naszym domu, więc trzeba to jakoś uczcić.* Przyniosłam więc z piwnicy przeróżne ozdóbki i zaczęłam przebierać. Kota spośród wszystkich najbardziej zainteresowały szyszki, które dawno temu pracowicie malowałam farbą w sprayu. Po ich dokładnym obadaniu i wzięciu na ząb (jednak za twarde były), Aaron przerzucił się na tekturowe aniołki i z powodzeniem zdołał odgryźć jednemu skrzydełko, zanim odłożyłam aparat i upomniałam kota, że nie należy już teraz niszczyć ducha świąt. Kot się nie przejął oczywiście, a ja perfidnie zatarłam ręce, już czując duże emocje podczas jutrzejszego ozdabiania domu. Co tam aniołki, ważne że kot ma zabawę ;->

szyszki1

szyszki2

*Tak, tak. Jak ten czas leci, 26 grudnia minie dopiero rok od momentu, gdy kota adoptowaliśmy, a czujemy się, jakby od zawsze był z nami. Nie pamiętam już, jak było bez Aarona, i nie wyobrażam sobie, jak byłoby, gdybyśmy go nie wzięli do siebie.

Pojechałam dziś byłam do Zuzanki pooglądać sobie jej nowe (no, już nie tak bardzo nowe, ale nadal młode) dwa gnomy. Głównie po to, żeby posłuchać ich arii przy krojeniu mięska, bo o ile Aaron za mięskiem przepada, to dumny jest i głosu z siebie nie wyda, a one młode jeszcze i pojęcia godność nie znają. Wróciłam zachwycona, z pękiem zdjęć i filmikiem dokumentującym kocią muzykę ;-> na trzy głosy, oraz smutną konstatacją, że ja bym chętnie jeszcze co najmniej jednego, ale niestety nie obdarowano mnie tak jak Zuzankę dobrymi sąsiadami, co przyjdą i zaopiekują się. Na moje zadupie niestety trudno mi kogokolwiek faktygować, więc muszę kota komuś oddać na taki tydzień czy dwa, a wiadomo, że ludzie łatwiej przyjmują pod opiekę jednego kota niż całe stadko. Buuu, szkoda.

Anyway - poniżej najpierw uwieczniony szarszyk nad michą, czyli miejscem, w którym najłatwiej go znaleźć, a potem delikatny burszyk dochodzący do siebie po szczepionce (niestety, tzw. zuo konieczne), więc nieco skonfudowany, oraz piękny, wielki czarnobiały z obłędem w oczach, bo człowiek właśnie kroił drugą porcję serc indyczych (i oczywiście jutro idę nabyć, bo tego jeszcze Aaron nie próbował).

szarszyk

burszyk_czarnobiały

niedziela, 21 grudnia 2008

Żesz nam się zachciało jakiś czas temu pokazać rodzicom Dużego Sierściucha, dokąd zawsze jeździmy na zakupy do Berlina. Ponieważ trauma zostanie mi pewnie na całe życie, dopiero teraz mam siły o tym napisać. A wszystko się zapowiadało tak wspaniale...

Plan był, że wyjeżdżamy o 6.30 jedziemy do B5 (obadać ciuchy i dodatki), a potem do A10 (Douglas i Real) i wracamy do domu - przewidywany czas powrotu to 18, tak żeby można było jeszcze mieć coś z tego dnia. Nie zatrzymujemy się bez sensu po drodze, nie marudzimy nad buk wie czym i jedziemy z gotową listą zakupów (po to, czego u nas nie ma, oraz to, co u nas droższe). Zderzenie z rzeczywistością wyglądało tak:

1. Teście zajeżdżają o 6.00, gdy jesteśmy jeszcze w rozsypce, więc naprędce coś połykam i robię im kawę, bo oni zawsze chętnie. Wyjeżdżamy planowo o 6.30 i zamiast ruszyć prosto na Berlin zbaczamy 30 km do siostry DS, bo teściowa ma dla niej jakieś mrożonki - pierwszy wkurw i 40 min w plecy.

2. W czasie drogi słyszę średnio co 15 min któreś z poniższych zdań:

- Może chcesz pierniczka?

- A może kanapkę?

- A jabłko?

- Chcesz kawy?

- Bezkofeinową też mam..."

- Jeśli chcesz, to mam też herbatę." 

A pomiędzy nimi ciągły monolog każdego z teściów na dowolnie wybrany temat, zmieniany co 5 min, głosem co najmniej donośnym (a w przypadku tesciowej i piskliwym), bo przecież trzeba przekrzyczeć drugiego monologanta....Po 50 km zaczynam odczuwać zmęczenie i żałuję, że nie mam zatyczek do uszu.

3. W B5 proponuję się rozdzielić i ustalić czas spotkania za np. 1h, ale pomysł upada. W rezultacie teście wloką się za nami do pierwszego, drugiego i trzeciego sklepu, gdy wreszcie DS stwierdza, że to jednak nie ma sensu i on idzie do swojego upatrzonego. No to ja też wkurzona odwracam się na pięcie i idę do swoich upatrzonych. Efekt? Po 45 min znalazłam teścia i DS, ale nikt nie wiedział, gdzie jest teściowa i czekaliśmy na nią następne 40 min... 

4. Na parkingu B5 teście postanawiają coś skonsumować. Jako że wyjeżdżali wcześnie rano (do nas mają 100 km), teściowa nakroiła chleba i wzięła po prostu pojemniki z serem i wędliną. I teraz sobie tworzą kanapki, a ja dostaję mdłości na zapach rozsnuwający się po samochodzie (gwoli wyjaśnienia: my z DS nigdy nie robimy kanapek, tylko tak planujemy czas, żeby zostało na wizytę w jakiejś minirestauracji czy czymś podobnym w miejscu docelowym) i opatruję spodnie DS, bo oczywiście z pojemnika z wędliną wylał mu się na nie cały ten sok z szynki czy coś.

5. Dojeżdżamy do A10. Choć najpierw mieliśmy przejść się po centrum, a na końcu iść do Reala (spożywka waży i po takich zakupach człowiek jest nieco zmęczony), to najpierw idziemy do niego, bo teście nie wiedzą, ile w nim wydadzą pieniędzy i ile im zostanie na inne rzeczy. DS i ja w 30 min zapełniamy koszyk tym, czym chcemy i dzwonimy do teściów z pytaniem, gdzie są. Teście są przy chemii - jak się okazuje, przez te 30 min zdążyli wybrać toster (potem się okazało, że na Allegro jest 50 zł tańszy...) i teraz debatują nad proszkiem do zmywarki.  Następna godzina upływa na krążeniu między regałami i pytaniach typu: Gdzie jest alkohol?; Chciałam jeszcze czekoladę dla dziewczynek (znaczy się siostrzenic DS) kupić.; A kakao to gdzie?, Możemy się wrócić jeszcze po brytfannę? itd. Czyli 1 h w plecy. Jest mi gorąco, słabo, jestem zmęczona, a wkurw przybiera rozmiary tajfunu.

6. Wychodząc z Reala chwalę jak buk przykazał pokazywany mi przez teściową toster i przypadkiem zdradzam, że ten, który DS wziął od mamy, się skończył i teraz jedziemy na tosterze od moich rodziców. Efekt: zostajemy zawróceni do Reala z prikazem, żeby wziąć sobie ten toster, co ona, i wówczas teściowa będzie miała z głowy prezent dla mnie. Całe szczęście, że toster metalowy i taki jak lubimy, ale następne 30 min w plecy...

7. Dajemy sobie jeszcze 30 min na przejście przez centrum - ja naprędce kupuję sobie torbę i szukam z DS choćby jakiegoś fastfoodu, bo od 6 rano jestem na serku grani, kinder bueno i 1/2litrowej cocacoli. DS kręci nosem na dostępne menu, więc koniec końców wychodzimy nie zjadłszy nic. Powoli zaczynam się słaniać na nogach, więc przyjmuję ze łzami wściekłości w oczach (bo nie tak sobie wyobrażałam główny posiłek dnia) kanapkę skomponowaną przez teściową.

8. Koło 16 wyruszamy z powrotem. Przez całą drogę patrz punkt 2 - zaczyna mnie boleć głowa, przypominam sobie, że milczenie jest złotem,  biorą mnie mdłości z głodu, ale konsekwentnie odrzuca mnie od wiktuałów teściowej. Efekt: cierpię w milczeniu, ukradkiem (i tak jest ciemno, więc nie widać) ocierając łzy bezsilności (bo przecież nie wyrzucę ich na jakimś zakręcie...) i modląc się o szybki powrót do domu. 

9. Po przekroczeniu granicy Polski oczywiście dopadają nas nasze kochane realia drogowe. Przed miejscowością Torzym oraz Pniewami nagle na środku drogi korek. Siedzimy w obydwu po 1 h, a potem nagle w cudowny sposób droga staje się przejezdna. I nie ma śladu wypadku, stłuczki czy czegokolwiek, co by te korki usprawiedliwiało. Wkurw narasta dalej, o ile jest to jeszcze w ogóle możliwe.

10. Po dojeździe do Pniew żądam stanowczo, żeby się zatrzymać przy McDonaldzie, to chociaż się bułą i frytkami zapcham, zanim zemdleję z głodu. Zatrzymujemy się i wkraczam wściekła do środka. A tam wypakowany autokar wrzeszczących gimnazjalistów oraz drugi jakichś młodzików grających w piłkę ręczną. Dojście do łazienki i zamówienie buły zajmuje następne 40 min, ale ponieważ słaniam się na nogach, stwierdzam, że teraz to już mam w dupie czas i reszta towarzystwa musi się do mnie dostosować.

11. W drodze z Pniew do Poznania teściowa nieświadoma napięcia panującego w samochodzie, stwierdza, że Havvka pewnie zmęczona, bo milczy. DS nie wytrzymuje i syczy, że Havvah nie jest zmęczona tylko wkurwiona i nienawidzi, gdy się zdrabnia jej imię. Zapada błoga cisza. 

12. Na klatę musimy przyjąć jeszcze fakt, że ponownie zbaczamy z trasy 30 km po bezdrożach do siostry DS, bo teściowa obiecała dziewczynkom, że przywiezie im z Berlina Mikołaja. DS idzie skorzystać z toalety, a ja zostaję w samochodzie i korzystam z okazji, żeby zadzwonić do mojej mamy (bo się zawsze boi, gdy gdzieś dalej jadę i każe dzwonić, że się cało i zdrowo dojechało/wróciło) i trochę się jej wyżalić. Potem zapadam w letarg w aucie - jest ciemno, panuje błoga cisza i słyszę tylko krople deszczu na dachu. Sielanka trwa 15 min i ruszamy dalej.

13.  W domu lądujemy o 21 z minutami - Aaron przeraźliwie miauczy i opierdala nas za szlajanie się po obcych landach, DS nosi siaty, a ja staram się udobruchać kota i rozmieścić zakupy po kuchni. Zwyczajowy fun z rozpakowywania i natychmiastowej degustacji szlag trafił 500 km temu, więc wszystko wrzucam szybko do szafek i lodówki, a potem idę odstresować się pod prysznicem.

14. Kolo 23 zasiadamy z DS skołowani na kanapie i gapimy się jak zombie w tv, żeby tylko zeszły z nas zmęczenie i stres, bo inaczej nie będziemy w stanie zasnąć. Kot szczęśliwy, że wszyscy są w domu zapada obok nas w drzemkę na drapaku. Kurtyna.

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Tak, żyjemy. Tak, mamy się dobrze. Ale brak słońca nie wpływa pozytywnie na funkcje życiowe, więc pisać się po prostu nie chce i też nie za bardzo jest o czym. A lać wody nie będę. Więc w skrócie.

W sobotę byliśmy z Aaronem u weterynarza na szczepieniu. Weterynarza polubiłam od razu, bo swój gabinet nazwał "Paszczak" i miał przyjemny wyraz twarzy człowieka, który oddał się tej profesji z powołania, a nie dla zarobku. Wyciągnął kota z kotenerka i od razu połechtał moją dumę, krzycząc "Ale to bysiu jest! No ładny, duży!" A ja się rozpływałam w skowronkach, że mi kicia ładnie wyrosła, bo widząc ją codziennie jakoś człowiek tego wzrostu nie rejestruje. W każdym razie dziś Aarona posadziłam na wadze i wyszło piękne 5,3 kg, czyli wcale nie tak dużo, choć na zimę robi mu się już fałdka tłuszczyku na podbrzuszu i dostaje karczycha jak stały bywalec siłowni.

W każdym razie pilnie teraz kota obserwujemy, czy nie będzie reagował źle na szczepionkę. Niedzielę przespał niemalże całą, wstając jedynie po to, żeby coś podjeść i skorzystać z kuwety, ale dziś już od rana polował i szalał po meblach, więc jest szansa, że szczepienie przejdzie bez echa. Poniżej kot w stanie spoczynku i jako predator :-)

spoczynek

predator