głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

piątek, 03 grudnia 2010

To miał być głównie blog o kocie, a tymczasem Aarona tu tyle, co kot napłakał. Straszliwie nad tym boleję, a dodatkowo niestety nie mam wystarczająco dużo czasu dla niego. Praca, dzieć, obowiązki domowe powodują, że kot, który dość długo był samowystarczalny i w nosie miał jakieś dłuższe sesje miziania czy przesiadywania na kolanach, teraz zaczyna się sam dopominać o chwilę pieszczot, wskakując na sofę, bodąc głową w moją rękę i żałośnie miaucząc. Szczęściem w tej sytuacji jest dzieć, która już potrafi całkiem delikatnie go pogłaskać i przytulić się do niego, dzięki czemu powoli rośnie kotu jeszcze jedna osoba do miziania. A ja? No cóż. Wypracowałam sobie z Aaronem rytuał, dzięki któremu moje wyrzuty sumienia są choć trochę zagłuszane. Co wieczór, gdy idę spać, kot wskakuje na łóżko i układa się przy moim boku, a ja walczę ze zmęczeniem i głaszczę go tak długo, aż Aaron uzna, że wystarczy i uda się na kolację do miski, albo ja zasnę z ręką wtuloną w koci brzuch.

Poniżej ostatnie zdjęcia kota - w namiocie, który kupiliśmy ku uciesze dzieciu w IKEI.

w namocie