głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

poniedziałek, 31 marca 2008

Duży Sierściuch planuje sobie na głos jutrzejszy dzień:

DS: I muszę kupić przed pracą kawę, bo mi się skończyła.

Ja: A ile pijesz dziennie? [pytam w ramach troski o jego serducho - wprowadzenie tu]

DS: [śmieje się] Jedną. Ale z trzech łyżeczek.

Ja: [kiwam głową z dezaprobatą] No to potem ładnie wrzeszczysz na ludzi...

DS: [zamyślony] Nieeee. Ale niezłe jaja są...

Biorąc pod uwagę niemalże narkotyczne działanie kawy na DS, jakoś bałam się już spytać, co rozumie przez jaja ;D

niedziela, 30 marca 2008

Jak zwykle programator Dużego Sierściucha nie rozpoznaje weekendu, więc w niedzielę DS obudził się nieprzyzwoicie wcześnie. Nafukałam na niego, więc wyniósł się z laptopem przed tv, a ja zasnęłam dalej. O 8.54 zostałam obudzona przez kota żałośnie miauczącego pod drzwiami, bo chciał się dostać do okna w sypialni, z którego ma najlepszy widok na przelatujące ptactwo. Spojrzałam na budzik i zerwałam się na nogi przekonana, że ta 8.54 to jeszcze czasu zimowego, więc po letniemu zaraz będzie 10. Na to wszedł do sypialni DS:

DS: Śpij sobie jeszcze - jest wcześnie.

Ja: [podejrzliwie] Jak wcześnie? Zaraz 10! A poza tym, czemu ty chcesz, żebym jeszcze spała?

DS: [złośliwie] Bo jest wtedy cisza i spokój. A poza tym jest dopiero 9.

Ja: [spoglądając na komórkę, na której też była 8.54] Jak 9 - przecież po zmianie jest już prawie 10!

DS: Ona się automatycznie przestawia. Jak mi nie wierzysz, włącz sobie tvn24...

Oczywiście, ja nigdy nie wierzę DS, bo za często mnie wrabia, więc ślepa polazłam do telewizora i włączyłam tvn24. Po chwili wpatrywania się w maleńki zegar okazało się, że rzeczywiście jest dopiero 9.

Ja: [szczerze zdumiona] To kiedy ty przestawiłeś budzik?

DS: [kiwając głową z politowaniem] Niech to pozostanie tajemnicą...

I teraz przez resztę dnia będzie mnie to męczyć, bo sen mam raczej płytki, więc albo DS zrobił to wczoraj, albo poczęstował mnie chloroformem...

piątek, 28 marca 2008

No po prostu muszę, muszę zrobić update w nowej notce, bo to sprawa bulwersująca.

Aaron postanowił kontynuować swoje polowania na moje stopy również wczesnymi porankami, tak mniej więcej w okolicach godziny 5. Jako że chadzam spać raczej późno, a wstaję ok. 6, każda dodatkowa minuta snu jest dla mnie bezcenna i nie mogę sobie pozwolić na jej utratę z powodu jakiegoś kota. W związku z tym dziś po pierwszym zahaczeniu pazurem o moją stopę wywaliłam kota z materaca na środek sypialni i oddałam rękę w ofierze. Poskutkowało, Aaron się nieco uspokoił. 

Niestety, w tym samym czasie obudził się Duży Sierściuch, który chadza spać wcześnie, a wstaje po mnie, więc wysypia się nieprzyzwoicie dobrze. Uznał, że skoro kot mnie już obudził, to on też może się popsocić. W ten sposób osaczona z dwóch stron, ani nie mogąc się porządnie wyciągnąć, ani skulić jak embrion na środku materaca, przetrwałam w letargu do budzika, a potem nieprzytomna zaczęłam się szykować do pracy. W ramach protestu kot nie dostał swojej porannej porcji "catch me if you can", a DS musiał sam sobie porobić prowiant.  

Odetchnęłam dopiero po przekroczeniu korpoprogu. A pomyśleć, że jak adoptowałam Aarona, to w opisie było "bardzo spokojny". Niestety, grożenie kotu, że oddam go za niezgodność z opisem nie robi na nim najmniejszego wrażenia. Pozostaje chyba przywyknąć...

środa, 26 marca 2008

Tytułu zadeklarowanym kociarzom nie muszę wyjaśniać, ale jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to proszę kliknąć tu. W każdym razie tytuł ten był wczoraj wieczorem moim mottem przewodnim. Przechodząc do sedna:

Wróciliśmy od znajomego koło północy, więc przytomnie stwierdziłam, że nie będę już kusić, ale położę się od razu spać i w końcu trochę odpocznę. Oporządziłam się zatem i zaległam zadowolona i opatulona po szyję kołdrą w łóżku. A właściwie nie łóżku, bo takowego się jeszcze nie dorobiliśmy, ale na cudnym, wielkim i wygodnym materacu. Oczywiście od razu, gdy tylko zgasiłam światło usłyszałam tupot małych łapek i pojawił się ON.

Kot badawczo mi się przyjrzał i zadecydował, że nie chce mu się spać, ale bawić to i owszem. Pierwsza zabawa polegała na uwaleniu się na ziemi i uprawianiu wspinaczki poziomej przy pomocy pazurów wzdłuż brzegu materaca. Przezornie przesunęłam głowę bliżej bezpiecznego środka, aby przypadkiem nie dostać w prezencie kilku szram na twarzy, i próbowałam zasnąć. Niestety brak reakcji z mojej strony Aaron zinterpretował jak zaproszenie do dalszego rozrabiania.

Usiadł w nogach materaca i zaczął łapą uzbrojoną w calusieńki garnitur pazurów gmerać pod kołdrą w poszukiwaniu zdobyczy. Gdy drugi raz dorwał moją stopę uznałam, że wystarczy. Popsikałam na niego, walnęlam w materac i wyzwałam od najgorszych. Kot odmaszerował w stronę drzwi, a ja ponownie się zakopałam w kołdrę.

Po mniej więcej 30 sekundach usłyszałam kota ponownie grzebiącego pod kołdrą. Ponieważ jednak byłam już w fazie półsnu, postanowiłam skulić się do pozycji embrionalnej na środku materaca i przeczekać atak. I dupa. Kot ośmielony wlazł do połowy pod kołdrę, co dało mu większy zasięg rażenia i dorwał moją drugą stopę. Tego było dosyć.

Najpierw ku sufitowi poleciało mięso wielkości poćwiartowanego słonia, a potem zerwałam się z łóżka. Oskarżycielskim wzrokiem spojrzałam na kota, który zdążył się już teleportować na środek podłogi i rozkosznie przewrócił na grzbiet w oczekiwaniu na mizianie. Ale co to, to nie! Podeszłam i zaczęłam popychać go w stronę drzwi, co by dać mu ostatnią szansę na wyjście z godnością. Aaron z szansy nie skorzystał, więc nie bawiąc się dłużej w ceregiele i nie zważając na drapanie i gryzienie, przeciągnęłam opierającego się kota za drzwi. A drzwi szczelnie zamknęłam.

Mały gnojek jednak nie przejął się wyproszeniem z sypialni i szybciutko odnalazł piłeczkę z grzechotką w środku, którą zaczął gonić po pustym, długim i z drewnianą podłogą bez najmniejszego dywanika korytarzu. Pogłos łap walących o deski  i łoskot cielska kota, który postanowił, że nie wyhamuje akurat na drzwiach sypialni, towarzyszyły mi przez następny kwadrans. W końcu, zmęczona wymyślaniem nowych przekleństw, zasnęłam.

I na deser kot z miną, która powoduje, że przechodzą mnie ciarki po plecach. Szatan wcielony - gdy ją prezentuje, mam ochotę zarządzić natychmiastową ewakuację całego domu...

mina

poniedziałek, 24 marca 2008

Ponieważ świąteczna pogoda za oknem nie napawa optymizmem, udaliśmy się w celu naładowania akumulatorów do palmiarni. Zieleń, wysoka temperatura i spokój tego miejsca zawsze dobrze na nas wpływały, postanowiliśmy więc odnowić naszą świecką tradycję, jako że swego czasu regularnie bywaliśmy w palmiarni, ale z czasem bezwiednie zarzuciliśmy ten zwyczaj. Faktem jest, że palmiarni przydałoby się trochę funduszy na remonty, lekką renowację i doprowadzenie niektórych miejsc do porządku, ale tak czy siak to miejsce ma swój klimat (w przenośni i dosłownie). Poniżej próbka tropikalnych klimatów dla wszystkich spragnionych lata i ciepła.

palmiarnia1

palmiarnia2

pamiarnia3

palmiarnia4

palmiarnia5

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5