głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

środa, 30 kwietnia 2008

Dzisiaj tylko fotka, bo perspektywa 5 dni wolnych wpłynęła na mnie demobilizująco. Swego czasu zobaczyłam u Hersylii piękne zdjęcie Hesi, więc pozazdrościłam i postanowiłam Aaronowi zrobić podobne. Efekt poniżej.

oczy

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Nadeszła taka pora, że zamrażarka pokryła się lodem godnym Antarktydy i z trudem przychodziło nam cokolwiek z niej wyciągnąć. Decyzja mogła być tylko jedna i słuszna - należy ją wspomóc i rozmrozić. Wczoraj zatem wywaliłam z niej pojemniki, podstawiłam zestaw pt. rurka, miska oraz ręcznik i wyszłam z kuchni. Z okazji skorzystał oczywiście kot, który najpierw z poziomu blatu obserwował z zainteresowaniem moje poczynania, a gdy mnie już nie było, postanowił z bliska zbadać sprawę.

Gdy po chwili wlazłam do kuchni, Aaron nieco skonfudowany spojrzał na mnie i spytał "mrau?", a ponieważ go nie przegoniłam, uznał, że może bez przeszkód obadać nowe pomieszczenie. Jak się okazało, chłodek panujący w środku nawet mu się spodobał, bo po inspekcji zaległ tam na parę minut, ale potem spadające krople przypomniały mu, że woda to jego wróg. Wyskoczył z zamrażalki i przysiadł z boku.

I przez następne 3 godziny kota nie było. Zafascynowany obserwował spadające krople, a potem wodę ciurkającą przez rurkę do miski. Odwracał się tylko na moment do swojej miski i znów wracał na swój punkt. Nie było krzyków i szantażu "wypuść mnie na balkon", nie było próśb o zabawę i mizianie. Zamrażarka była najważniejsza. Wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany, a ja miałam święty spokój.

Poniżej dwie fotki - robione komórką, bo bałam się, że po aparat nie zdążę, zanim kot zdecyduje się wyjść z nowej kryjówki :)

zamrazalnik

zamrazalnik1

niedziela, 27 kwietnia 2008

I znów sobie Duży Sierściuch pokonwersował z kotem. Tym razem rozmowy dotyczyły fizjologii i tematów pokrewnych.

Scenka I

Aaron narobił, jak to ma w zwyczaju, do kuwety i zaczyna zasypywać gówienko żwirkiem. Oczywiście, przy tej okazji wpada w amok i grzebie jak oszalały. Od czasu do czasu nie trafia w żwirek i wówczas drapie rytmicznie w plastikowe ścianki. DS słyszy ten odgłos i krzyczy do kota:

DS: I co tak rzeźbisz, kot?! W zimnym i tak nic nie wyrzeźbisz!

Aaron: [nie słucha DS i nadal drapie ścianki]

DS: No przecież mówię ci! Najpierw musisz podgrzać plastik!

Scenka II

Chwilę po scence pierwszej DS włazi do łazienki i wypada  na zewnątrz z odruchem wymiotnym:

DS: Havvah! Zrób coś! Kot się zesrał, nie zakopał dobrze i ŚMIERDZI!

Ja: No nie przesadzaj! To zwykłe gówno - śmierdzi tak, jak twoje!

DS: [do Aarona] Kot... Czy ty jesz to samo co ja? Nie za dobrze masz?

piątek, 25 kwietnia 2008

Zaproszenie kota na balkon było błędem. Za pierwszym razem kot zmusił nas do wypuszczenia go na balkon, grając na naszym poczuciu winy. Widok smutnej miny Aarona drapiącego od środka w drzwi balkonowe był po prostu nie do zniesienia. A kot to wyczuł...

Gdy zatem dziś po powrocie z pracy postanowiłam, że balkon pozostanie zamknięty, bo nie mam sił cały czas pilnować na nim kota, urządził taki koncert, że trąby jerychońskie się chowają. Obijał się o ściany, drapał w drzwi i zawodził. Zawodził, miauczał, płakał, a gdy tylko widział, że na niego patrzymy, wznosił się na wyżyny i ćwiczył wysokie C. Jednym słowem perfidnie nas zaszantażował: albo go wypuścimy albo nie da nam żyć. No to przenieśliśmy się na ten cholerny balkon.

Na początku kot wąchał okoliczne zapachy i przyglądał się igłom sosen oraz robaczkom na płytkach. Potem się wyciągnął leniwie i obserwował dalej toczące się życie. Nagle przeleciał ptaszek, a kot poderwał głowę, jakby mu ktoś zatrąbił do ucha (patrz zdjęcie pierwsze). A potem to już się potoczyło... Kot zaczął machać ogonem na wszystkie strony, oznajmiając bezgłośnie, że zaraz coś zmaluje. Ja oczywiście zwiększyłam uwagę i nie spuszczałam z niego oka. I dobrze, bo wystarczyło kotu przemknąć obok nóg Dużego Sierściucha i już przednie łapy miał za barierkami. W ostatnim momencie dorwałam go za kark i odciągnęłam, a skubaniec w odwecie miauknął na mnie i zęby pokazał.

Zagnałam go na środek balkonu i kategorycznie zapowiedziałam, że ma ostatnią szansę rehabilitacji i albo pokaże, że potrafi się zachować, albo wylot z baru. No to kot usiadł w kłębku (patrz zdjęcie drugie) i patrzył na mnie obrażonym wzrokiem mordercy. Prawie że widziałam przelatujące mu w głowie myśli "Tylko się połóż spać, wtedy zobaczysz na co mnie stać..." Nie zdzierżyłam więc długo - strzeliłam szybko parę ostatnich fotek i zagnałam kota do domu. A wniosek?

Jak tylko przybędzie Matka Boska Pieniężna, kupuję Aaronowi szelki i smycz. Smycz przywiążę do kaloryfera przy wyjściu na balkon i droga wolna, kocie. A jak skoczysz i zawiśniesz wpół drogi na dół, to miej pretensje do siebie...

balkoncd

balkoncd1

Duży Sierściuch powoli, bo powoli, ale uczy się obsługiwać sprzęty domowe. Najlepiej idzie mu z mikrofalą, bo jako niecierpliwy osobnik wysoko sobie ceni oszczędność czasu w podgrzaniu mleka na jego ulubione kakao. Zrobił nawet w związku z tym rzecz niespotykaną dla mężczyzn, czyli przeczytał instrukcję obsługi i potem próbował mnie zażyć pytaniami w stylu "A wiesz, jak ustawić wagę mięsa do rozmrożenia w mikrofali?" Niestety wiedziałam, co nieco osłabiło jego samouwielbienie.

Wczorajsza lekcja natomiast dotyczyła obsługi pralki, bo DS stwierdził, że jego ulubione skarpetki potrzebne są mu na dziś i w związku z tym sam je sobie upierze. Pokazałam mu, gdzie proszek, gdzie płyn do płukania, jaki najmniej inwazyjny program ma wybrać (to na wypadek, gdyby próbował prać beze mnie razem rzeczy typu buty, delikatna bielizna i sweterek typu 100 % wool - będzie szansa, że coś się uratuje) i włączył. Podczas gdy pralka sobie pracowała, a my siedzieliśmy przed tv, naszedł mnie szatański pomysł, żeby od razu nauczyć go czegoś jeszcze:

Ja: A wiesz, że jak sam robisz pranie, to potem musisz je sam rozwiesić?

DS: [z uśmiechem] Wiem. Nawet już pościągałem z suszarki poprzednie pranie.

Ja: [z niedowierzaniem] Moje też?

DS: [z konsternacją] Nie... Ale ściągnąłem nasze wspólne!

Ja: [kulając się już ze śmiechu] Wspólne? Znaczy co? Majtki?  

Jak się potem okazało, bieliznę rzeczywiście ściągnął, natomiast pozostawił wszelkie sweterki, tiszertki  i bluzki, czyli innymi słowy rzeczy wymagające składania, jako że DS nigdy nie był dobry w geometrii przestrzennej...

 
1 , 2 , 3 , 4