głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

środa, 27 maja 2009

Na tym blogu z założenia nie ma być o dzieciu, ale w zasadzie ta notka dotyczy dziecia i kota, więc częściowo spełnia warunki...

Otóż Aaron został gwiazdą, VIPem i złotym cielcem w jednej osobie. Młoda ostatnimi czasy zaczęła rozpoznawać kota w przechodzącej lub leżącej obok niej na kanapie górze szarego futra i postanowiła wielbić go miłością wielką i bezwarunkową. Polega to na tym, że nieważne, w jakiej by była pozycji i co by robiła, widok kota powoduje u niej oczy wielkości talerzy obiadowych (bo normalnie są tylko wielkości talerzyków do ciasta), szeroko otwartą gębę (idealny sposób na zakroplenie witamin tak przy okazji...) i ogólny stupor ciałka. W takim niemym uwielbieniu potrafi gapić się na kota i gapić. Jeśli odbywa się to na leżąco, przy okazji wygina tułów i głowę jak rasowy jogin, byle tylko nie tracić Aarona z zasięgu wzroku. 

Ostatnio zaś trafiła się okazja, by zapoznać ich ze sobą bliżej. Młoda akurat leżała sobie ze mną na rozłożonej kanapie, gdy kotu zebrało się na mizianie i uwalił się obok. Dzieć oczywiście zaprezentowała wygięcie i stupor, ale tym razem Duży Sierściuch dosunął ją do kota, a ja zaczęłam go głaskać, bo w pierwszym odruchu postanowił zrejterować (w sumie nie dziwne, bo na razie dzieck mu się kojarzy chyba tylko z ogłuszającymi wrzaskami). Aaron nieco się uspokoił, ale strzygł uszami i łypał okiem, co będzie dalej. A dzieć, nie wierząc swojemu szczęściu, że oto doświadcza majestatu kociego, wyciągnęła nieśmiało rękę i zanurzyła w kociej sierści. Oczywiście, nie potrafiła jeszcze dobrze chwycić i futro zaczęło jej się przelewać między palcami, ale zachwyt na jej buzi mówił sam za siebie. Po czasie jednak doszliśmy do wniosku, że Aaron będzie miał przechlapane, gdy tylko dzieć zacznie raczkować. Już sobie wyobrażamy zestresowanego kota, który przemierza w te i we wte cały dom, a za nim po podłodze gramoli się nieporadnie, ale z uporem, dzieć. Oj, ciężko być idolem...

wylegiwanie 

sobota, 09 maja 2009

No i jak zwykle wyszło na moje. Nie żeby mnie to cieszyło, bo jak tak dalej będzie wychodzić na moje, to z moim ukrytym pesymizmem nic tylko od razu do trumny się położyć. W każdym razie kot sobie nagrabił, a ja rzeczywiście niemalże zeszłam z tego świata.

Leniwym popołudniem, gdy powoli szykowaliśmy się na odwiedziny u wonderwoman, Duży Sierściuch oporządzał się w łazience, a ja karmiłam przed wyjazdem dziecia. I co? I słyszę, jak sąsiadka woła z dołu DS, że chyba to nasz kotek wyskoczył i siedzi pod balkonem. DS w półnegliżu, z papą pełną pasty do zębów, więc ja dziecia na ręce, bo mi zaczął płakać, i zaiwaniam na dół z duszą na ramieniu, sercem w gardle i przekleństwem na ustach. I rzeczywiście. Aaron siedzi pod balkonem i robi się wielki, bo jamnik sąsiadów próbuje go obwąchać i poszczekuje.* W jednej chwili zachwyciłam się kotem, bo w mgnieniu oka gabarytowo prześcignął psa, i przestraszyłam się, że mi za płot spierdoli, a ja z dzieciem w objęciach nie zamierzałam uprawiać biegów przez płotki. No to zaczynam Aarona nawoływać, że halo, to ja, twoja pani, bądź dobrym kotkiem i chodź do domu. A ten co? Jak mnie zobaczył, to od razu zaczął chojrakować, bo już sam nie był przeciwko wielkiemu złemu światu, i zamiast grzecznie ogon podkulić i udać się, dokąd proszę, zaczął z zaciekawieniem obwąchiwać teren. No to zaczęło się naganianie kota do klatki schodowej, sąsiadka z jednej strony, ja z dzieciem z drugiej, a kot oczywiście rura pomiędzy i zygzakiem, bo jamnik depcze mu po piętach. Po chwili do pogoni dołączyli drudzy sąsiedzi, którzy akurat musieli wyjść odprowadzić swoich znajomych do furtki i zaczął się totalny cyrk z kocurem w roli głównej. Koniec końców oddałam dziecia do potrzymania sąsiadce (wściekła na DS, bo ten nie zszedł, myśląc, że jak poszłam, to już dałam sobie radę) i dorwałam drania za karczycho i zaniosłam na górę. W domu kot został wyzwany od najgorszych, dostał szlaban na samodzielne wychodzenie na balkon (trochę dupa, bo latem albo ktoś będzie z nim siedział, albo będziemy się kisić przy zamkniętych drzwiach...) i zawstydzony schował się pod bibliotekę. 

I tyle w kwestii zapewnień DS, że kota można zostawiać samego na tarasie, bo jaj nie ma, żeby zeskoczyć na dół. A pięćset razy powtarzałam, że instynkt to instynkt... No a zdjęcia Aarona będą za jakiś czas, bo po tej jego akcji za bardzo mi się ręcę trzęsą z wściekłości na jego durnotę, żeby mu foty strzelać. 

*Po fakcie oczywiście DS opierdolił sąsiadkę delikatnymi słowy, że nieco łatwiej byłoby kota złapać, gdyby oni zamiast go zaganiać, po prostu wzięli psa na smycz. No ale im się wydaje, że teren wokół domu jest ich własnym podwórkiem i trudno im przyjąć do wiadomości, że obok mieszka jeszcze ktoś, kto z tego terenu korzysta. Pozostaje kupić mi doga niemieckiego i też luzem puszczać, co by sobie pobiegał...

czwartek, 07 maja 2009

Ja kiedyś przez te moje dwa sierściuchy zjadę z tego świata. Nagle i efektownie.

Najpierw okazało się, że Aaronowi samo wychodzenie na taras już nie wystarczy. Nie wiem, czy cfaniak pamiętał, że za barierkami osłoniętymi wikliną jest jeszcze jakieś 20 cm wystającej krawędzi muru, czy też dojrzał te centymetry przez gałązki wikliny. Faktem natomiast jest to, że parę dni temu przez dobre 15 minut przewalałam całą chatę do góry nogami, żeby odnaleźć kota, gdy tymczasem on sobie siedział zadowolony na odzyskanym dlań gzymsie i spoglądał na okoliczny teren. Gdy go w końcu dojrzałam (bo cholera na żadne wołania nie raczyła odpowiedzieć), dostałam pierwszego zawału. No bo przecież, jak teraz tę durnotę złapać i wciągnąć z powrotem na taras, unikając zeskoczenia lub ześlizgnięcia się na dół? Do operacji został wciągnięty Duży Siersciuch, który miał za zadanie kota łapać, gdy tylko ja zbiegnę na dół i będę asekurować ewentualne upadki kota.* Oczywiście, gdy już zeszłam na dół, Aaron łaskawie sam wrócił do domu, przespacerowawszy się po całej długości gzymsu i wdrapawszy się po wiklinie do środka tarasu. Łajza i tyle.

Parę dni później natomiast drugi zawał zawinszował mi DS, który po późnowieczornym posiedzeniu na balkonie zamknął drzwi, jak zwykle zapominając sprawdzić, czy czasem kot się nie zabunkrował pod stolikiem lub krzesłami. Oczywista, że się zabunkrował. A jako że ja już spałam w pokoju młodej, nie byłam w stanie przypomnieć mu o Aaronie. I tak sobie nieświadoma rozgrywającego się dramatu spałam do mniej więcej trzeciej w nocy, gdy młoda zbudzila mnie na karmienie. Zaniepokojona brakiem obecności kota, który pojawiał się u nas, gdy tylko wyczuł, że ktoś się budzi, wylazłam z pokoju szukać go. Gdy znów przeryłam wszystkie możliwe zakamarki i stwierdziłam, że kota nigdzie nie ma, wyszło, że trzeba sprawdzić na tarasie. Po otwarciu drzwi, wnikliwym przyjrzeniu się mrokowi nocy i ustnym zawezwaniu kota, cfaniak odezwał się nieco zbolałym głosem, że on owszem jest tu, trochę już zmarznięty, ale przede wszystkim obrażony. Oczywiście odezwał się zza wikliny, więc mi już świeczki stanęły w oczach, bo jak tu po ciemku przeprowadzać akcję sprowadzenia kota do domu i co ja zrobię, jak łajza zdecyduje się zeskoczyć i spierdolić w ciemności egipskie. No to pozostało mi jedynie pieszczotliwym i spokojnym (tja, jasne) głosem zachęcanie kota do powrotu. Na szczęście po paru minutach dialogu (ja go proszę, żeby wrócił, a on się skarży, że jak to tak mogliśmy o nim zapomnieć) Aaron dał się udobruchać i dał nura do domu. Rano oczywiście zmyłam głowę DS, który uznał całą akcję za niezłą anegdotę w sam raz do opowiadania znajomym przy piwie. Ech...

Pocieszające, że choć dzieć jest w miarę przewidywalny i o zawał nie zamierza mnie jak na razie przyprawiać.

* Jasne, asekurować... Żeby poczuć komplet pazurów wbijających się w moją szyję i resztę ciała w ucieczce przed nieuchronną grawitacją... Tak naprawdę zeszłam na dół, żeby w razie skoku/upadku Aarona nie dopuścić do jego ucieczki, tylko od razu drania złapać za kark i odnieść do domowych pieleszy.