głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

poniedziałek, 31 maja 2010

Duży Sierściuch poszedł do sklepu. Chwilę po jego wyjściu dzwoni jego telefon służbowy, ale jako że nie wyświetla się nikt znajomy, a ja nie rozpoznaję numeru, nie odbieram. Trzydzieści sekund później DS dzwoni na mój telefon:

DS: Rzuć mi przez balkon portfel, bo zapomniałem zabrać kasy.

Ja: Już idę. Przy okazji, ktoś dzwonił na twój służbowy telefon, numer... [tu odczytuję cyfry z połączenia].

DS: TO MÓJ NUMER! MOJA ŻONA NIE ZNA MOJEGO NUMERU!

Ja: [zatkało mnie] A po cholerę ty dzwonisz na swój służbowy?

DS: BO TY SWOJEGO NIE ODBIERAŁAŚ, WIĘC MYŚLAŁEM, ŻE MÓJ USŁYSZYSZ I ODBIERZESZ! NO, ALE JAK SIĘ NIE ZNA NUMERU...!

Faktycznie miałam telefon wyciszony i pierwszej próby nie zarejestrowałam. Potem pół godziny się kajałam. Tak, kompletnie nie mam pamięci do numerów, dat i innych takich zawierających cyfry.

piątek, 07 maja 2010

Osiem miesięcy bez pisania to rzeczywiście długo. Sama nie wiem, jakim cudem tak szybko ten czas zleciał. Pewnie przez prozę życia, czyli dziecia, pracę, dom i brak czasu dla siebie. Przeglądam sobie od czasu do czasu tego bloga, przy niektórych wpisach uśmiecham się do siebie z nostalgią i zastanawiam, czy jestem w stanie streścić jakoś sensownie te miesiące milczenia. Może więc znowu w punktach, a ta notka zmobilizuje mnie do skutecznego  reanimowania bloga.

1. Dzieć

Dwa tygodnie temu skończyła już 14 miesięcy.  Można rzec, że z miesiąca na miesiąc coraz lepiej przystosowywaliśmy się do nowej sytuacji. O ile początki były trudne, o tyle z każdym zakończonym tygodniem coraz łatwiej udawało nam się zrozumieć, o co jej chodzi i jak reagować na różne sytuacje. Teraz mamy już ten czas, gdy możemy się tylko zachwycać dzieciem, jej rozwojem, bystrością i urodą. Nie sprawia praktycznie żadnych problemów, je wszystko, zasypia grzecznie sama, rozumie wszystko, co się do niej mówi (choć nie zawsze się z tym zgadza...), chłonie nowości jak gąbka, wciąż się śmieje i uczy nas, jak cieszyć się życiem i chwilą obecną. Obserwowanie jej sprawia nam niesamowitą przyjemność i poniekąd cieszę się, że pierwsze miesiące i ciężkiego baby bluesa przykryła mgła zapomnienia. Czasami patrzę z niedowierzaniem na jej zdjęcia sprzed roku i zdumiewa mnie, jak ten mały człowieczek szybko się zmienia i rośnie. Staram się dokumentować zdjęciami, ile tylko się da, i snuję plany na przyszłość, co dla niej zrobię, czym ją obdaruję i jak będziemy wspólnie poznawać świat. Dla niej chcę wrócić do moich badań genealogicznych, żeby odtworzyć jej dzieje naszej rodziny, bo gdy patrzę na nią i zdjęcia moich praprapradziadków w paszportach z zaboru ruskiego, to czuję tę ciągłość życia i wpadając w patetyczny ton widzę sens istnienia. Ale poza momentami takiego budyniu zarezerwowanymi tylko dla niej nadal jestem cyniczna, gruboskórna i sceptycznie podchodzę do rzeczywistości. Z pewnością nie żyję tylko dla dziecia, jej pojawienie się raczej uzupełniło mój świat i czasem tęsknię za dniem w samotności, ale wiadomo - priorytety się zmieniają i powoli przyzwyczajam się do faktu, że milion spraw będzie leżało jeszcze długo odłogiem, bo jest dzieć.

2. Kot

Okazał się być idealnym kotem dla rodziny z małym dzieckiem. Cierpliwie znosił jej początkowe zaczepki, gdy nie potrafiła jeszcze delikatnie go dotknąć i wyrywała mu całe kępki sierści. Może ze trzy razy podniósł na nią ostrzegawczo łapę, ale zawsze ze schowanymi pazurami i nigdy jej nie pacnął. Gdy stawała się zbyt namolna czy brutalna, zawsze rejterował do drugiego pokoju i nie okazywał żadnej agresji. Z czasem oswajał się z nią coraz bardziej,  a dziś panuje między nimi stuprocentowa komitywa. Czasem chodzą razem po domu, a dzieć trzyma rękę na jego grzbiecie. Czasem, gdy Aaron śpi na naszym łóżku, dzieć potrafi przyjść, wgramolić się i przytulić głowę do jego futra. Czasem sama nieporadnie naciąga sznurek w jego myszach zabawkach i próbuje mu rzucić i w ten sposób zachęcić go do zabawy. Czasem z szacunkiem i uwielbieniem dotyka delikatnie jego uszu, łap i ogona i każe mi po tysiąc razy potwarzać te wyrazy, żeby utrwalić sobie w głowie. A Aaron, gdy wracamy z nią do domu, zawsze podchodzi do niej, obwąchuje badawczo jej włosy i twarz, dotyka nosem nos i odchodzi spokojny, że wszystko jest tak jak powinno być. Oczywiście bywa i mniej sielankowo. Czasem kot wpada do niej do pokoju z łomotem wieczorem, akurat wtedy, gdy zasypia, czasem urządza w nocy koncert jojczenia i budzi ją, a czasem ostentacyjnie olewa ją i jej próby interakcji. Ale dzieć też nie jest mu dłużna i potrafi czasem specjalnie podejść do niego, gdy śpi, i zawyć radośnie wysokie C, żeby z ukontentowaniem ogladać jego przerażoną minę i ucieczkę jak najdalej od źródła hałasu. A czasem gdy widzi, że Aaron robi to, za co ja go  zazwyczaj ochrzaniam, biegnie po mnie i paluszkiem na niego wskazując, skarży na niego w swoim własnym języku.

No, na dzisiaj wystarczy, bo po tak długim okresie przerwy ciężko się zbiera myśli i z trudem kleci zdania. Może niebawem i zdjęcia Aarona się pojawią, jeśli tylko znajdę w miarę aktualne, albo mu zrobię nowe.