głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

niedziela, 29 czerwca 2008

Jest upał, snujemy się z Dużym Sierściuchem i Aaronem powolutku po domu i nic nam się nie chce. Dodatkowo wpływa na nas demoralizująco bliska perspektywa wakacji. Już w środę wieczorem kot pójdzie do domu zastępczego, a my w czwartek rano wyruszymy w drogę. Nie wiem, jak przeżyję bez Aarona, zapewne będę wydzwaniać codziennie, żeby się dowiedzieć, czy wszystko w porządku, ale to chyba nic dziwnego.

A tytułowa zapowiedź dotyczy właśnie tego marazmu. Naprawdę, nie wiem, co musiałoby się stać, żeby chciało mi się coś napisać. Zwłaszcza, że nic ekscytującego się nie wydarzyło i chyba raczej się nie wydarzy. W związku z tym lojalnie uprzedzam, że nie ma co wchodzić na mojego bloga do połowy lipca, aż wrócę z wakacji. I przy okazji w ten sposób się rozgrzeszam przed ewentualnymi wyrzutami sumienia, że tak długo nic nie napisałam ;>

niedziela, 22 czerwca 2008

Życie z muchami jest cholernie uciążliwe. Lata toto, bzyczy o 4 rano, siada ci na nosie i budzi, a do tego brudzi i wygląda obrzydliwie. Na szczęście Aaron jest wielkim fanem much. Jedno bzyknięcie w domu powoduje włączenie się u niego niezawodnego radaru, który w ciągu 10 sekund określa pozycję muchy z dokładnością do 5 centymetrów. A potem zaczyna się polowanie.

Dziś polowania były dwa. Pierwsze rozpoczęło się raniutko koło 5 rano. Obudziło mnie donośne, butne bzyczenie i nagłe skoki kota z łóżka na parapet i z powrotem. I tak parę razy. Gdy w końcu udało mu się zlokalizować muchę i capnąć ją łapką, bzyczenie zmieniło ton na wyższy i jakby nieco błagalny. I znów tak parę razy. A wszystko dlatego, że Aaron w stosunku do much przejawia niezwykłe okrucieństwo i przed pożarciem uwielbia się nimi bawić. Mnie to raczej nie wzrusza, a nie mam dość odwagi cywilnej, żeby zabrać mu toto spod pazurów lub z gęby i miłościwie oraz szybko dobić, więc przez jakieś 20 minut słuchałam koncertu i oglądałam kocie skoki, zanim wreszcie Aaron uznał, że zabawę trzeba skończyć i jeszcze trochę pospać.

Problem natomiast pojawia się w przypadku much na oknie w pokoju dziennym, jako że cały parapet jest gustownie zastawiony moimi kaktusami (tak a propos mi się przypomniało, że ostatnio je podlewałam jakieś pół roku temu..., ale to właśnie zaleta kaktusów). W związku z tym rytuał łapania na nim much wygląda tak:

- kot wskakuje na parapet i próbuje slalomu między kaktusami, starając się łapką pacnąć muchę a nie kaktus

- ja warczę na niego i każę mu spadać i zostawić moje kaktusy w spokoju

- kot desperacko walczy z przeciwnościami terenu i nie odwraca wzroku od muchy

- ja wstaję, po kolei usuwam kolejne doniczki, aż kot dorwie muchę, pobawi się nią i zje, a potem w odwrotnej kolejności stawiam je z powrotem

Niekiedy rytuał ten muszę niestety odprawiać parę razy, ponieważ co piąta mucha w swej szczątkowej inteligencji  postanawia nie walić na oślep w szybę, na której stanowi łatwy łup dla kota, ale szukać najpierw drogi do wolności na środku pokoju pod lampą. A tam już kot nie sięga...

W ramach zdjęć kot i moje kaktusy. Na drugim już częściowo usunięte. Ale za to widać ś.p. muchę...

mucha

mucha1

czwartek, 19 czerwca 2008

Za dwa tygodnie wybieramy się z Dużym Sierściuchem na bardzo zasłużony urlop. Nie będzie nas prawie dwa tygodnie, a zatem powstała kwestia, co zrobić z Aaronem. Padło na dobrą psiapsiółkę, która mieszka z sublokatorką i dwoma kotami (jeden jej, jeden sublokatorki). Obydwa to kocurki, mniej więcej w wieku Aarona, więc uznałyśmy, że nie powinno być problemu z zaprzyjaźnieniem się. Wczoraj zatem po pracy zapakowałam kota do kontenerka i pojechaliśmy do niej, aby przeprowadzić próbę generalną.

Oczywiście, Aaron przez całą drogę zawodził jak zarzynane prosie lub dwumiesięczne niemowlę (do wyboru, do koloru), ale kontenerek nabyłam ostatnio porządny, plastikowy i z poczwórnym zamknięciem drzwiczek, więc już nie dał rady się z niego wydostać. We względnym zatem spokoju dojechaliśmy do mieszkania psiapsiółki i na miejscu wypuściłyśmy Aarona. Kot rudy sublokatorki w mgnieniu oka zabunkrował się na parapecie w łazience i przybrał barwy kameleona, a kot szary psiapsiółki zaczął okrążać w bezpiecznej odległości Aarona. Obydwa oczywiście napuszyły się jak po pięciogodzinnym tapirowaniu włosów i zaczęły się obserwować. Szary próbował wymiauczeć jakiś pakt o nieagresji, ale Aaron za każdym razem zaczynał na niego charklać i basować z głębi klaty, więc tubylec szybko spasował.

No to w moim kocie wzięła górę natura i zaczął zwiedzać mieszkanie (w starej kamienicy, więc było co zwiedzać), szczegółowo obniuchując co ciekawsze miejsca. Psiapsiółka i ja poszłyśmy się napić herbatki, a w tym samym czasie wszystkie 3 koty przeniosły się do pokoju sublokatorki, gdzie rudy zabunkrował się za kanapą, Aaron na niej, a szary na podłodze w bezpiecznej odległości do drzwi. I zaczęły się podchody. Mój próbował wleźć do rudego, co ten kwitował podobnym do Aarona basem, Aaron odpowiadał mu syczeniem, a szary co jakiś czas próbował rozładować atmosferę zawodzeniem i miaukiem.

Koniec końców koty zamieniły się w słupy soli na wybranych pozycjach i zapadły w letarg, a my ze spokojem skończyłyśmy herbatkę. Uznałyśmy również, że skoro koty nie skoczyły sobie od razu do gardła i nie zaczęły znajomości od łapoczynów, to jest nadzieja, że Aaron jakoś przeżyje u nich dwa tygodnie i wróci do mnie w jednym kawałku.

A poniżej bohaterowie opowieści. Rudy, czyli Toto, wraz z Aaronem i szary, czyli Szprot.

obserwacja

Szprot

niedziela, 15 czerwca 2008

Ponieważ całą sobotę się skutecznie leniliśmy, a ja odpoczywałam psychicznie po wizycie u babci, w czasie której zostałam uraczona milionem opowieści o tym, jakie to pozostałe wnuki są oddane, a prawnuk kochaniutki, postanowiliśmy dziś sobie zrobić wycieczkę. Padło na Krześlice, w kórych miał być pałacyk i restauracja z obiadkiem i deserem dla nas. Ale tak pięknie jak na zdjęciach być nie mogło. Najpierw navi poprowadziła nas przez piaszczyste dróżki, bo Duży Sierściuch wybrał typ trasy najkrótsza a nie najszybsza. Co prawda akurat przejażdżka po leśnych traktach i wiejskich bezdrożach była całkiem, całkiem, nie licząc wytrzęsienia, ale za to cel podróży nas srodze rozczarował. Brama wjazdowa zamknięta na 4 spusty, na niej sucha informacja, że obiekt zamknięty, no i wywieszka z groźnie wyglądającym psem stróżującym. Obraziliśmy się, odwróciliśmy na pięcie i z fochem postanowiliśmy wrócić do domu. W domu zaś dobił nas kot, który uznał, że zbyt krótko nas nie było i nie opłaca się okazywać swojej tęsknoty za nami. Centralnie rozwalony na drapaku, popatrzył na nas z politowaniem, ziewnął i poszedł dalej spać. Potem jedynie udało mi się go dorwać, gdy zadowolony z siebie czyścił się na tarasie. Jednym słowem kolejna leniwa niedziela.

balkonowa toaleta

piątek, 13 czerwca 2008

Kiedyś już chyba wspominałam, że uwielbiamy z Dużym Sierściuchem stare meble, prawda? No więc sprawiliśmy sobie następny, będący połączeniem szafki, sekretarzyka lub barku (bo wewnętrzne przegródki sekretarzyka można wyjąć) i półeczek. Kupiony przez internet, oczywiście, i w dodatku u przemiłego pana, który za opłatą niższą niż kurier przywiózł go osobiście i wniósł do domku. Przywiózł o nieprzyzwoitej 6 rano, ale nie burzyłam się na to, bo i tak wstawaliśmy właśnie do pracy. Jedyny smuteczek z powodu tej godziny był taki, że nie miałam czasu nacieszyć się widokiem Aarona, który szczegółowo musiał przecież obadać nowy nabytek. Stąd też tylko jedno zdjęcie, gdy już się kocur zadomowił w mebelku:

sekretarzyk

 
1 , 2