głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

poniedziałek, 28 lipca 2008

Upał wrócił taki, że nadal się nic nie chce i marazm u nas taki, jaki był i przed urlopem. Ratuje nas zacieniony popołudniami taras, na którym akurat mieszczą się 2 krzesła i stolik oraz parę doniczek. Tak więc po powrocie z pracy zasiadamy na nim i delektujemy się spokojem. Spokój przerywa jedynie od czasu do czasu Aaron, który swoje wie i musi nam przekazać.

I tak. Zaraz po powrocie z pracy przekazuje nam w dramacie w 3 aktach jak bardzo był samotny i tęsknił. Gdy tylko uda nam się jako tako ogarnąć, pomiziać kota i dać mu mokre, odwraca się na pięcie i siada przed balkonem, zaczynając poemat pt. "No kiedy go wreszcie otworzycie?". Gdy już otworzymy balkon i na nim zasiądziemy, on przenosi się do środka mieszkania i zaczyna jojczyć, że ktoś mógłby do niego przyjść i go znów pomiziać. A gdy ktoś w końcu ruszy cztery litery i przyjdzie do niego, on w milczeniu zaczyna odpychać w szale zabawy tego kogoś łapami i podgryzać. A gdy wieczorem przenosimy się do pokoju, on wybywa na taras i znów zawodzi, że nikt mu tam nie dotrzymuje towarzystwa. Jakby na to nie patrzeć, mamy cholerne problemy, żeby dostosować nasz rozkład dnia i przyzwyczajenia do kota. Ale staramy się...

I co chwilę robi głupie miny. Z resztą sami zobaczcie, jak niewdzięczną pozę może przyjąć kot odchodzący od miski:

zjadlem

niedziela, 20 lipca 2008

Oczywiście dzisiaj Aaron był już grzecznym, przymilnym kotkiem, który w ogóle nie wiedział, o czym mowa, gdy poskarżyłam się Dużemu Sierściuchowi na jego wczorajsze zachowanie. Na pytanie DS, co zmalował, wzorowo zrobił pozę "poka brzuszek", przeciągnął się rozkosznie i mrauknął ukontentowany ze swojego żywota. Dopiero przypadkowe zdjęcie na tarasie w pełni pokazało makiaweliczną naturę kota. Tylko spójrzcie na jego oczy zasłonięte mgłą knowania - przeczuwam wieczorem kłopoty ;-)

dwulicowabestia

sobota, 19 lipca 2008

Powinnam wiedzieć, że kot to pamiętliwe zwierzę i nie odpuści tak łatwo, że go zostawiliśmy u obcych na 10 dni, a sami pojechaliśmy się byczyć na wakacjach. Nie miałam tylko pojęcia, że pasiasty bydlak z takim wyrachowaniem zaplanuje swój odwet. Spokojnie odczekał tydzień, aż na noc z piątku na sobotę zostałam sama (Duży Sierściuch pojechał na dzień do teściów, a mi się nie chciało) i przystąpił do realizacji planu. Cwaniak wiedział dobrze, że DS twardszy ode mnie i by go za drzwi wyniósł, a ja mientka zawsze mu sypialnię otwartą zostawiam.

Cofam zatem wszystko, co kiedykolwiek napisałam o gwałtowności jego wieczorno-nocno-porannych atakach na moje nogi i inne części ciała uwydatniające się pod kołdrą. Atak, który przeżyłam wczoraj i dziś, przypominał wściekłe tornado, w którego sercu znajdowało się co najmniej 10 kotów odurzonych walerianą. Aaron z impetem przebiegał przez cały pokój, nurkował z rozczapierzonymi pazurami pod kołdrą, wskakiwał na nogi, szczerzył zęby, gdy go próbowałam odgonić i za nic nie chciał się poddać. Taki pojedynczy napad trwał mniej więcej 3 minuty, potem kot zapadał w półsen obok mnie, a gdy ja również już usypiałam, wrednie budził mnie następnym atakiem. Odpuścił mi dopiero koło północy. Rano natomiast do repertuaru dołączył żałosne zawodzenie od godziny 6, bo jak na mój gust zarejestrował fakt, że jest sobota i lubię wtedy dłużej pospać, więc postanowił mi w tym przeszkodzić. I tak się bawiliśmy do 8, gdy w końcu postanowiłam się poddać i wstać. Początkowo chciałam w odwecie tak samo go potraktować, gdy pójdzie do graciarni na południową drzemkę, ale niestety zapomniałam o moim planie i kotu nic nie zakłóciło snu.

Oczywiście, zemsta ta nie przeszkodziła mu w ciągu dnia być przesłodkim kocurkiem, wylegującym się na oknie, ocierającym się o nogi, gdy tylko naszedł go głód i smutno za mną zawodzącym, gdy wyszłam z domu na głupie 10 minut. Mam tylko nadzieję, że Aaron uznał zemstę za wystarczającą i już nie będzie próbował żadnych numerów. W innym wypadku zmuszona będę nauczyć się zamykać przed nim drzwi do sypialni i kupić sobie zatyczki do uszu na jego zawodzenie.

wtorek, 15 lipca 2008

Po wloskiej kuchni, mając w pamięci grecką, wiele sobie obiecywaliśmy. Mogę stwierdzić, że w zasadzie nie zawiedliśmy się i niemalże codziennie byliśmy świadkami kolejnych cudów kucharskich, ale nie ma róży bez kolców...

W naszym hoteliku mieliśmy wykupiony pokój wraz ze śniadaniem oraz opcjonalnie za 10 Eu od łebka mogliśmy zapisać się na obiadokolację. I właśnie te śniadania to włoska pięta Achillesa. Ja rozumiem, że śniadania były robione pod Włochów, którzy stanowili 90 % gości hotelowych i z zasady nie przywiązują uwagi do porannego posiłku, ale żeby przez cały tydzień mieć wciąż to samo na stole, to stanowcza przesada. Przede wszystkim pieczywo - białe bułki, tosty, rogaliki francuskie oraz kilka rodzajów ciast i ciasteczek. Do tego 5 rodzajów dżemów, miód, nutella, płatki śniadaniowe i inne słodkości po dwóch dniach wykręcające twarz w grymasie obrzydzenia. Z innych produktów był jeden gatunek żółtego sera oraz dwie wędliny, przez cały tydzień takie same. Były również jogurty, które w porównaniu z polskimi stanowiły niestety mdłą papkę z barwnikami i sztucznymi dodatkami smakowymi. Rzeczą dla mnie natomiast najgorszą był brak jakichkolwiek warzyw. Żadnego pomidorka, ogórka czy czegokolwiek innego dla poprawy smaku. Tak, śniadania stanowczo nas nie zachwyciły, więc z prawdziwą rozkoszą w drodze powrotnej w Norymberdze udałam się na porządne niemieckie śniadanie, gdzie rodzaje serów i wędlin liczyło się w tuzinach, a ilość pieczywa ciemnego była wprost proporcjonalna do ilości pieczywa jasnego. Tak jak zazwyczaj kuchni niemieckiej mogę dużo zarzucić (np. w Gasthofie w Bayreuth główną pozycją w menu były oczywiście grillowane białe kiełbaski z kapustą - fuj), tak śniadania hotelowe mają pierwszej klasy.

Wracając jednak do Włoch i gastronomicznego edenu. Ponieważ hotel nasz znajdował się parę kilometrów od historycznego portu i rozlicznych restauracyjek, postanowiliśmy przez większość dni iść na łatwiznę i stołować się na miejscu w hotelu. I był to strzał w dziesiątkę. O ile bowiem śniadania były w nim do bani, o tyle obiadokolacje były majstersztykiem włoskiej kuchni. Rozpocząć opis oczywiście trzeba od przystawek czekających na gości na ogromnym stole. Obok rozlicznych warzyw surowych, marynowanych karczochów i tuńczyka, z których można było sobie komponować pyszne sałatki, podawane były np. pomidory lub bakłażany zapiekane z czosnkiem pod parmezanem oraz frytki, któym muszę poświęcić osobne zdanie. Frytki były wytwarzane na miejscu ze świeżych ziemniaków, usmażone w oliwie z oliwek a nie na podłym oleju, leżały na pergaminie, który usuwał z nich nadmiar tłuszczu i były najlepszymi frytkami jakie w życiu jadłam. Po przystawkach przychodził czas na pierwsze i drugie danie wybierane codziennie spośród czterech propozycji. Danie pierwsze to oczywiście wariacja na temat makaronu. Z ręką na sercu polecam makaron strozzapreti z sosem bolońskim, który we Włoszech jest istnym musem pomidorowym z ziołami i stoi o 10 klas wyżej niż nasze torebkowe popłuczyny, oraz cannelloni zapieczone z ricottą i odrobiną oliwy z oliwek. Dania proste, ale właśnie w tej prostocie genialne. No i jeszcze trzeba wspomnieć o risotto z owocami morza w sosie śmietankowym. Danie główne natomiast to mięsiwa, ryby i inne owoce morza. Jako że mięsa mamy u nas pod dostatkiem, wraz z Dużym Sierściuchem w większości przypadków decydowaliśmy się na produkty z morza. Zwykła ryba podlana dobrą oliwą i zgrillowana z rozmarynem stanowiła niewyobrażalną ucztę. A do tego dochodziły np. szaszłyki z krewetek oraz gotowane małże, w jedzeniu których największą frajdą poza smakiem była możliwość wydłubywania ich z muszli za pomocą rąk.* No i oczywiście na deser owoce: melony, nektarynki, śliwki, morele, figi, w smaku których wyczuć było można, że dojrzewały w słońcu a nie w chłodniach. Oczywiście przez cały obiad na każdym stole stał obowiązkowo starty parmezan. 

Takie kolacje trwały mniej więcej godzinę, a potem wraz z Włochami przenosiliśmy się na przyhotelowy taras, gdzie do północy sączyło się drinki, koktajle, delektowało różnymi rodzajami kaw i uprawiało towarzyskie pogawędki. Żyć nie umierać.

*Bo trzeba przyznać, że Włosi sztućców używają sporadycznie i gdy tylko mogą przerzucają się na jedzenie rękoma. Ale wiadomo - to większa frajda i niektórym potrawom wręcz dodaje smaku. 

poniedziałek, 14 lipca 2008

Na wakacje pojechaliśmy sobie do Cesenatico, małej, acz niestety bogatej w turystów mieściny nad Adriatykiem. Jako że jechaliśmy samochodem, podróż rozłożyliśmy na dwa dni, bo było, nie było, to niemalże 1500 km. W drodze do Włoch spaliśmy zatem w Bayreuth, a w drodze powrotnej w Norymberdze. I tyle faktów. A teraz pora na moje subiektywne spojrzenie.

Po pierwsze, zawsze nieswojo się czuję w aucie jako pasażer. Brak możliwości kontroli tego, co się dzieje wokół mnie, i poczucie bezradności w przypadku ewentualnych problemów nieco mnie stresują. Do tego dochodzi mój lęk wysokości oraz wybujała wyobraźnia. Jako zwierzę nizinne mogę zwiedzać góry tylko pieszo (nad nogami na szczęście mam jeszcze kontrolę), natomiast przejazd w metalowej puszce zawsze kończy się histerią przez duże H podsycaną przez wspomnianą wyobraźnię, która podsuwa mi obrazy nas w palącym się aucie 300 m poniżej, na dnie zbocza, tudzież pędzącej na nas na zakręcie serpentyny ciężarówki bez hamulców itp. itd.

W związku zatem z powżyszym podróż była nieco stresująca, bo dwa razy przeprawialiśmy się przez Alpy oraz na miejscu przejechaliśmy przez Apeniny w drodze do Cesenatico z Florencji. Najkoszmarniejsze były przejazdy górskie we Włoszech. Ich autostrady z dwoma wąskimi pasami, setki tuneli (wyobraźnia przypomina w tym momencie o wszystkich możliwych scenariuszach wypadków, które kończą się spłonięciem żywcem w tunelu), długie mosty opierające się o zbocza gór oraz kierowcy, którzy jadą, jak im się żywnie podoba, jakoś nie nastrajały optymistycznie. Natomiast przeprawa przez Apeniny to już była czysta ruletka - wąska jednojezdniowa droga, wijąca się serpentynami w górę i w dół, a ja jedynie mogłam, patrząc na nawigację, cichutko jęczeć "Następny ostry zakręt 180 stopni w lewo". Dodatkową natomiast atrakcję zafundowała mi nawigacja w drodze do domu, gdy już dotarliśmy do Austrii. Ja byłam właśnie w połowie Histerii, gdy radośnie nam oznajmiła, że ze względu na warunki na drodze (dostała info, że są roboty drogowe) wyznaczy nam nową trasę. I wyznaczyła. A ponieważ w naszą stronę była tylko ta jedna autostrada z robotami drogowymi, zaproponowała przejazd przełęczą przez Garmisch-Partenkirchen. Na moje nerwy to już było za dużo. Wydarłam się na nią, że głupia jest, a Dużemu Sierściuchowi zapowiedziałam, żeby nie ważył się zjeżdzać z autostrady, bo ja wolę spędzić 10 h w korku niż jechać przez jeszcze wyższe góry. Na szczęście DS mnie posłuchał, a przy robotach drogowych nie było żadnych korków.

Każdy zatem etap podróży przez tereny górskie kończył się dla mnie wycieńczeniem psychicznym oraz fizycznym, jako że w aucie siedziałam napinając wszystkie mięśnie. Prawą ręką wisiałam na uchwycie nad drzwiami, lewą zapierałam się o siedzenie lub podłokietnik, natomiast obydwie nogi wciskałam w miejsce wyimaginowanego hamulca. Ze smutkiem zatem stwierdzam, że albo zacznę w czasie podróży raczyć się relanium, albo będę swoje wakacje musiała ograniczać do coraz mniejszej liczby krajów, ponieważ zauważam, że z wiekiem mi się ta przypadłość coraz bardziej nasila.

Żeby jednak nie było tak pesymistycznie, muszę na koniec dodać, że samo podróżowanie po nizinach Toskanii i Emilii-Romanii od jednego urokliwego miasteczka do drugiego, od jednej winnicy do drugiej, było po prostu cudowne. Widoki zapierały nam dech w piersiach i co chwilę skowyczeliśmy z tęsknoty za możliwością mieszkania w takim miejscu. A tak po prawdzie to jesteśmy rozdarci, czy jeśli wygramy w totka (kiedyś w końcu musimy, prawda?), to przeniesiemy się właśnie w te rejony Włoch czy jednak do francuskiej Prowansji. Obydwa kraje kuszą. I to bardzo.

 
1 , 2