głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

poniedziałek, 13 lipca 2009

Nie da się ukryć, że pojawienie się dziecia nieco zburzyło spokojny tryb życia Aarona. Pomijając wrzaski, których jego wrażliwe uszy nie potrafiły znieść, degradację do pozycji drugiego w stadzie (oj ciężko tak przestać być z dnia na dzień beniaminkiem), kota zbulwersował najbardziej fakt, że przeniosłam się spać do pokoju dziecia. Co wieczór kot rozdarty siadał w korytarzu i patrzył to w jedną stroną na drzwi naszej sypialni, to w drugą na pokój dziecia i próbował ogarnąć, że albo będzie spał ze mną na niezbyt wygodnym tapczanie, albo z chrapiącym Dużym Sierściuchem, ale za to na idealnie wyprofilowanym materacu. Próbując pogodzić obydwie opcje, potrafił jednej nocy zmieniać parokrotnie miejsce spania, żeby zaspokoić i potrzebę przebywania ze mną, i chęć wygodnego wylegiwania się w wielkim łożu.

Jakiś czas temu jednak DS przypadkiem pozbawił go tych rozterek. A mianowicie bawiąc się z dzieciem świeżo po posiłku, przewrócił go na moim tapczanie na brzuch. Dzieć zaprezentowała prawidłowy odruch i zwróciła całą zawartość żołądka tak skutecznie, że przez narzutę dostała się aż do prześcieradła. Cała pościel poszła oczywiście od razu do prania, ale wiadomo było, że do wieczora nie wyschnie i z powodu deficytu w naszym domu w tego typu przedmioty, jedyną alternatywą była pościel w naszej sypialni. DS co prawda rycersko zaoferował się, że odda mi ją i będzie spał pod jakimś kocem, ale zdecydowaliśmy, że jednak jest to idealna okazja, żeby sprawdzić, czy dzieć da radę spać sam w pokoju (i tak spała w swoim łóżeczku, więc rozchodziło się jedynie o to, czy będziemy dostatecznie czujni, żeby usłyszeć jej marudzenie, zanim się przerodzi w nocny nieujarzmiony ryk). I tak oto dla Aarona  ponownie nastał stary porządek i wróciły wieczorne rytuały. Jak przed pojawieniem się dziecia Aaron czeka, aż oboje się położymy i wówczas uskutecznia wędrówkę pomiędzy nami, żeby badawczo obwąchać obie twarze, a następnie obalić się i wpasować w czyjąś klatkę piersiową i oddać mruczeniu i mizianiu. Przyznam się szczerze, że mi też tego brakowało...

Muszę jednak przyznać kotu, że w nowej sytuacji jako tako się odnalazł i wieczorami, zanim przeniesie się za nami do sypialni, nadal uprawia najchętniej drzemki w pokoju dziecia, który kiedyś był, jakby nie było, jego udzielnym królestwem. Ze stoickim spokojem przyjął na swoje włości nowego obywatela i nie protestuje, że jego domena skurczyła się do tych paru metrów na tapczanie. Co więcej, jak dobrze wychowany kot wie, że łóżeczko dziecia to strefa zakazana i poza paroma razami, gdy jeszcze było niezamieszkane, nigdy nie próbował w nim spać. No i przede wszystkim chylę czoła przed jego cierpliwością do dziecia, która w pobliżu kota od razu przewraca się na brzuch i bez przerwy chwyta go za ogon i łapy. Kot ani razu nie pacnął dziecia, nie wyciągnął pazurów, a jedynie, gdy sytuacja przestawała mu się wyraźnie podobać, wstawał, przeciągał się i z godnością opuszczał miejsce, w którym traktuje się go jak żywą zabawkę. Ach, i najważniejsze. Aaron już parokrotnie łbem ocierał się o głowę i nogi dziecia, żeby zostawić swój zapach na niej. To chyba znaczy, że już ostatecznie ją zaakceptował. Znaczy się, jest dobrze.

piątek, 03 lipca 2009

Pamiętacie ten wpis? Mogę wreszcie napisać, że udało mi się, choć nie do końca po mojej myśli, zakończyć sprawę. Nie do końca po mojej myśli, jako że firma ubezpieczeniowa, która miała wypłacić mi odszkodowanie z OC sprawcy bardzo mnie zawiodła [tak, to oczywiście eufemizm]. Ale po kolei.

Mając orzeczenie o winie i nr polisy sprawcy zadzwoniłam do ubezpieczyciela i poprosiłam o należące mi się pieniądze. Szybko na parkingu, gdzie stał wrak, pojawił się rzeczoznawca, obfotografował zwłoki i wysłał informacje na temat stanu pojazdu do ubezpieczyciela. I równie szybko, bo już po tygodniu, miałam pierwszą wycenę. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało idealnie. Samochód wyceniono na 19100, ubezpieczyciel miał wypłacić 10300, a pozostałe 8800 zaofiarował nabywca z aukcji internetowej. Bo trzeba wam wiedzieć, że ubezpieczyciele wystawiają wraki na swego rodzaju aukcjach, do których dostęp mają przeróżne warsztaty samochodowe, dealerzy itp. (płacąc oczywiście za ten dostęp), i w ten sposób pozbywają się kłopotu (tj. wypłacają z własnej kieszeni mniejsze odszkodowanie). Skontaktowałam się zatem z nabywcą, który przelał mi pieniądze i następnie przyjechał z lawetą z drugiego końca Polski. I tu pierwszy zonk. Ubezpieczyciel na owej aukcji najwidoczniej nie podał faktycznego stanu auta, bo nabywca, gdy go zobaczył, złapał się za głowę i powiedział, że czegoś takiego to on nie kupował. I zażądał zwrotu pieniędzy. Potem się zrobiło nieprzyjemnie, bo to była sobota i bank zamknięty, więc nie miałam jak wypłacić kasy, nabywca zaczął nam imputować, że chcemy go okraść i w końcu ustąpił, gdy dostał potwierdzenie z internetu, że przelałam mu z powrotem pieniądze na konto. Smaczku temu epizodowi dodaje zaś fakt, że w wycenie ubezpieczyciel napisał, że zwycięzca z aukcji jest ZOBOWIĄZANY zakupić auto, podczas gdy tak naprawdę, to nikt nie może go do tego zmusić. Nieco zatem wściekła zadzwoniłam do ubezpieczyciela z pytaniem, co on na to i że ja bardzo sobie nie życzę, żeby obce osoby zarzucały mi, że jestem oszustka i złodziejka, bo to nie ja wystawiałam auto na aukcję. Ubezpieczyciel nie przeprosił za całe to zamieszanie, za to przesłał następną wycenę. I ta już tak przyjemna nie była. Na drugiej aukcji bowiem nie znalazł się nikt skłonny zakupić pozostałości mojego auta, więc ubezpieczyciel oparł się na podanym przez rzeczoznawcę współczyniku zbywalności (WTF?), który wyniósł 5800, i w związku z tym uznał, że może mi wypłacić li i jedynie 13100. Bo wg nich auto jest warte po wypadku 5800 i ja sobie bez problemu za tyle powinnam je sprzedać.*Jakiekolwiek próby negocjacji nie miały oczywiście sensu, ubezpieczyciel się zaparł i kazał się cieszyć tym, co daje. No to Duży Sierściuch zaczął szukać po stacjach złomujących auta, kto by był chętny kupić mój wrak i dał przy okazji najwięcej. Jak się okazało, najwięcej to było 2500, bo i stacja chciała na tym zarobić, wymontowując, co tylko zdatne do użytku, i sprzedając w swoim sklepie z częściami używanymi. W ten oto sposób wypadek kosztował mnie 3300, co było o tyle niekorzystne, że miałam o tyle mniej pieniędzy na kupno następnego auta, a dodatkowo spłacałam kredyt na auto, którego nie posiadałam już.

Ale jako że, jak kiedyś już pisałam, urodziłam się w czepku, dodatkowe pieniądze się znalazły i koniec końców wyszłam na tym całkiem dobrze. Tydzień temu mniej więcej sprawiłam sobie po miesiącach poszukiwań następne auto - Lancię Lybrę Kombi. Uznałam, że skoro DS ma bajerancki samochód, to ja nie chcę być gorsza, a jako że szukaliśmy kombi, co by się wózek dziecia zmieścił (wot, proza życia...), to już od początku miałam wybór nieco zawężony. Auto piękne, zrywne, oszczędne, ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami dla kierowcy i co ważne, niewypadkowe i sprawne w 100%. Teraz mam tylko nadzieję, że zła passa się już skończyła i samochód starczy mi na dłużej. I dla zainteresowanych, a laików: tak oto wygląda rzeczona Lancia.

*No chyba jedynie pracowicie przez pół roku wymontowując poszczególne elementy silnika i nadwozia i sprzedając na Allegro.