głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

sobota, 30 sierpnia 2008

Tak będzie, ale czasem trzeba. I nie obchodzi mnie, co kto sobie pomyśli. Raz już o mojej rodzince wspominałam, więc pora znów wywalić szkielety z szafy i nakreślić obraz tradycyjnej obłudy polskiej rodziny.

Babcia ze strony ojca ma swoje 94 lat i powoli gaśnie. Ojciec ma dwóch braci, najstarszego, grającego chorą rolę pater familiasa na miejscu, a średniego zagranicą. Tydzień temu pater familias i zarazem pupilek babci stwierdził, że babcia nie jest w stanie już sobie sama dać rady, więc potrzebuje pomocy. I podrzucił ją moim rodzicom, bo oni mają dom, a on mieszkanie (nic to, że ponad 100metrowe w kamienicy). Pierwszy konflikt wybuchł, gdy okazało się, że moi rodzice nie życzą sobie, żeby kultywował codzienne wieczorne (koło 21 -22) odwiedzanie babci. Człowiek prawie 60letni zaczął histerycznie krzyczeć, że jest rozdzielany z matką i że moi rodzice powinni iść do psychiatry. O prawie moich rodziców do spokoju i prywatności w swoim domu jakoś nie pomyślał. O tym, że mógłby wziąć do siebie matkę też nie, bo jego żona to damulka, która na emeryturze ma tysiąc zajęć, więc nie ubrudzi sobie rączek opieką nad zniedołężniałą staruszką. W związku z tym zatem to moja mama musi biegać sto razy dziennie po schodach sprawdzając, czy babcia ma wszystko, czego tylko jej potrzeba, prać co drugi dzień prześcieradło i dotrzymywać babci towarzystwa. Na jej szczęście rozsądna córka pater familiasa załatwiła koleżankę pielęgniarkę, która przychodzi 3 razy w tygodniu, żeby pomóc  babci się wykąpać itp. Bo niestety, moja mama nie ma w sobie takiej determinacji i zacięcia. Ale rozumiem ją, bo ja też bym nie miała - w końcu to tylko jej teściowa, która w dodatku niezbyt była dla niej przez te wszystkie lata miła. Przy okazji od kuzynki dowiedzieliśmy się, że pater familias nie potrafi przyjąć do wiadomości, że jego matka może umrzeć, i na wszystkie próby rozmowy zamyka się w łazience. How sick is that? Może czas przeciąć pępowinę i uznać śmierć za część życia?

Anyway, babcia spędza całe dnie w pokoju przystosowanym do jej potrzeb, jej dwaj synowie wciąż do niej dzwonią i pytają jak się czuje, a ona niezmienne odpowiada "Dzień dobry syneczku, oj taka słaba jestem dzisiaj", a następnie z apetytem lepszym ode mnie pochłania obiad, a do podwieczorku wypija kieliszek koniaku na podniesienie ciśnienia, które też nawiasem mówiąc ma lepsze niż niejeden 30latek. I również nawiasem mówiąc, do mojego ojca nigdy nie powiedziała "syneczku", bo on był tylko od napraw w domu i załatwiania sprawunków na mieście. No ale jak można mieć lepsze stosunki z synem, który nie chodzi do kościoła i nie potrafi siedzieć i wysłuchiwać pochwał pozostałych synów i ciągłego narzekania na zdrowie. Oczywiście po telefonie do babci bracia dzwonią do moich rodziców i ponownie ich pytają, jak babcia się czuje, jakoś zapominając zapytać, jak oni się czują, gdy ich dotychczasowe spokojne życie zostało przewrócone do góry nogami. 

Wczoraj zaś zadzwonił do mnie z pytaniem kuzyn, syn pater familiasa, który przejmuje jego cechy, czy ja wiem, że babcia jest u moich rodziców i czy wiem, jak się czuje. Gdy go grzecznie poinformowałam, że dziś u nich będę, to się mogę dowiedzieć, z ożywieniem spytał, o której, bo on się też wybiera, więc moglibyśmy się spyknąć i sobie pogadać. No przepraszam, to on jedzie odwiedzić babcię, czy mnie? Bo mi to tak zapachniało próbą szybkiego odbębnienia wizyty u staruszki i powrotu do świata żywszych. Pomijam już fakt, że rozmyślnie nie utrzymuję z nim kontaktu, bo jego i mój światopogląd leżą na przeciwległych biegunach i szkoda mi czasu na sztuczne szczerzenie zębów. 

Zachodzę zatem w głowę, czy przedstawienie na forum rodzinnym pomysłu, żeby zatrudnić całodobową opiekunkę dla babci (bo z samej emerytury babci można by pewnie i 2 zatrudnić, a przecież synowie mogliby się też dorzucić) spotka się ze zrozumieniem, czy spowoduje wyklęcie moich rodziców z rodziny. Pewnie spowoduje wyklęcie, bo już jakiś czas temu, gdy moja mama odmówiła urządzenia jakichś tam imienin usłyszała od pater familiasa, że nie wywiązuje się z obowiązków rodzinnych (SIC!).Biorąc jednak pod uwagę specyfikę rodziny od strony ojca serdecznie życzę moim rodzicom takiej ekskomuniki, bo przynajmniej odzyskają równowagę psychiczną.

No i clue programu. W świetle obecnych wydarzeń moja mama przypomniała mi naszą niegdysiejszą rozmowę na temat "cudów" medycyny, które utrzymują coraz bardziej zniedołężniałych staruszków przy życiu (BTW - babcia w ciągu ostatnich 5 lat miała ileś operacji, dwukrotnie przetaczaną krew i ciągle jest szpikowana najnowszymi lekami, które dostarcza średni zagraniczny syn - lekarz), i ponownie zakomunikowała, że jeśli zdarzy się, że będzie wymagała opieki innych i jej życie będzie miało zamienić się w wegetację, to ona prosi mnie zdecydowanie o eutanazję. Biorąc zatem pod uwagę specyfikę kraju, w którym przyszło nam żyć, obiecałam jej wycieczkę do Holandii. Mam jednak tchórzliwą nadzieję, że natura mnie wyręczy i nie będę zmuszona podejmować takich decyzji...

Wstało nam się dziś bardzo wcześnie jak na weekend, bo już o 8, ale postanowiliśmy dodatkowy czas wykorzystać na zmianę pokrycia kanapowego (w IKEA akurat była promocja -50% na drugie, gdy kupowaliśmy kanapę, więc teraz zamiast na paseczki niebiesko-białe patrzę radośnie na bordowy sztruks), ogarnięcie domu i powieszenie nowego nabytku (czyt. zabawki Dużego Sierściucha, czyli big tv). Przedtem jednak obowiązkowo celebrowanie śniadania i pośniadannej kawy. Wyszliśmy sobie z nią na taras, ja stanęłam w drzwiach, a DS zaczął się kiwać stopami na progu i opowiadać, co on też dzisiaj nie zrobi.

DS: To ja odkurzę w pokojach i posprzątam łazienkę, a ty ogarniesz kuchnię.

Ja: [zachwycona jego zapałem daję mu buziaka]

DS: [potknął się i spadł stopień niżej] Cholera, pocałunek śmierci!

Co ja, głupia jestem? Przecież nic mu nie zrobię, dopóki nie posprząta...

środa, 27 sierpnia 2008

Kiedyś wspominałam, że Aaron lubił wieczorami uprawiać poziome wspinaczki po naszym materacu w sypialni, przemierzając jego krawędzie w tempie krótkodystansowca. Jakiś czas temu odkrył, że do tego samego celu nadaje się stara kanapa z graciarni. Nadaje się idealnie, albo jeszcze bardziej, bo nie spoczywa na podłodze smętnie jak materac, tylko unosi się nieco nad ziemią, co powoduje, że można na niej dodatkowo ćwiczyć swobodny zwis kręgosłupem w dół. Oczywiście, szybkość akrobacji nadal przyprawia o zawrót głowy, więc ze smutkiem prezentuję dwie, najbardziej udane fotki, choć bez mordy kota, która z obłędem w oczach śmiała się do siebie samej. 

kanapizm

kanapizm1

sobota, 16 sierpnia 2008

Pojechałam wczoraj z Dużym Sierściuchem do teściów, bo już dawno nie byłam i przyzwoitość wymagała, choć organizm psychicznie i fizycznie się buntował. Na szczęście już dziś wróciliśmy, więc jakoś to przeżyłam. Ale ja nie o tym chciałam, a o kocie, co oczywiście stęskniony był bardzo i radość z naszego powrotu okazywał wielce.

Po rozpakowaniu klunkrów w asyscie plączącego się pod nogami Aarona polazłam do kuchni zaparzyć sobie dobrą herbatkę i w oczekiwaniu na nią usiadłam na podłodze, żeby pobawić się z kotem. Chwilę głaskałam go po grzbiecie, gdy do kuchni wszedł DS, kucnął przy nas i wyciągnął rękę, żeby podrapać Aarona za uchem. A kot na to cofnął się, popatrzył na niego i na mnie, a potem tadaaaam! Podszedł do mnie, otarł się policzkiem o moją rękę, wykonał w zwolnionym tempie zblazowany przewrót w przód i zamarł w klasycznej pozie "poka brzuszek". DS oczywiście uznał to za zdradę, bo w końcu to on go wypuszcza na taras i daje ulubione pałeczki, i zagroził roczną przerwą w w dostawie tychże z Berlina. Na Aaronie nie zrobiło to oczywiście wrażenia i z lubością poddał się moim głaskom, które stanowiły zasłużoną nagrodę. Yeah, me rules :)

czwartek, 14 sierpnia 2008

Ja kiedyś przez te dwa sierściuchy zawału dostanę. Ledwo wczoraj napisałam, że Duży Sierściuch pozwolił kotu wskakiwać na stolik na tarasie, i już dzisiaj mieliśmy tego efekty. No ale przecież ja mam zawsze rację...

Wracam sobie jak zawsze z pracy, a kot jak zawsze na dźwięk silnika mojego auta zaczyna dostawać świra i miauczy przerażająco, bo już, już chce być ze mną. Dziś zatem, siedząc na stoliku, miał dodatkowo widok na mnie wjeżdżającą przez bramę w całej okazałości. No i co zrobił? Ze stolika ześlizgnął się po wiklinie na zewnętrzny gzyms, który wystaje poza barierki na jakieś 30 cm i tak sobie łaził w tę i we w tę zawodząc i gapiąc się na mnie żałośnie. Ja oczywiście spanikowana i z duszą na ramieniu rzuciłam torbę, biegiem pod balkon i nawołuję głupka, żeby jak już musi, skoczył na ziemię (jakieś 4 metry), a ja go będę łapać. Z drugiej strony wychyla się zza wikliny DS i rozbawiony śmieje się, no co też ten pasiasty idiota zrobił. Na to ja z pianą na pysku każę mu ratować kota, więc ten się w końcu wychylił na zewnątrz, kota złapał za kark i pod brzuch i wciągnął do środka, podczas gdy ja już szorowałam do domu zmyć obojgu głowy. 

Oczywiście do DS nie dotarła przedstawiona przeze mnie w całej okazałości potencjalna groza takiej sytuacji (bo przecież Aaron mógł wyskoczyć i dostać się pod koła mojego samochodu...) i wyśmiał kota, że z niego taki rozpieszczony futrzak domowy, że nawet gdy miał okazję spierdolić, to nie potrafił pokonać 4 metrów dzielących go od wolności.

Puenta? Znów musiałam zagrozić domową masakrą i rozwodem, żeby DS zaczął pilnować wychodzenia kota na balkon, choć przyznaję,  pochlebia mi, że kot uznał mnie za swoją i tylko wobec mnie żywi takie gorące uczucia, bo DS wykorzystuje jedynie do podawania karmy, ewentualnie zabawy i koniec. Tylko mnie Aaron wita z taką atencją, tylko obok mnie kładzie się na materacu spać i tylko ja go obchodzę podczas liczenia członków rodziny obecnych wieczorem w domu. It's good to have a cat :)

 
1 , 2