głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

wtorek, 17 sierpnia 2010

A taki był spokój, a tak powolutku do przodu mi się żyło, aż sama się dziwiłam, że coś chyba za nudno u mnie. I proszę. Wczoraj niemalże zawału dostałam i to punkt o 24, więc tylko duchów brakowało.

Leżę sobie spokojniew łóżku, nie wadząc nikomu, słucham burzy za oknem i próbuję zasnąć, a tu nagle Aaron zaczyna mi po domu z łomotem biegać. Od sypialni, przez łazienkę do dużego pokoju. I z powrotem. I tak z 10 minut. I słychać, że jakąś zabawkę obrabia na wszystkie strony. Się troszkę wkurzyłam, bo spać jednak chciałam, i gdy znów wpadł do sypialni zapaliłam światło, żeby zobaczyć, co się dzieje. Kot uciekł do drugiego pokoju, więc zwlekłam zwłoki i poszłam za nim, żeby odebrać zabawkę. Stanęłam nad nim i zamarłam. A raczej serce, bo ja to się trząść zaczęłam w atawistycznym (cholera wie, dlaczego) strachu. Zabawką kota okazała się mysz. Na szczęście dla mnie (mniejsze dla niej) była już martwa, więc wzięłam ją przez worek foliowy i szybko eksmitowałam z domu. Oczywiście, przy widocznym niezadowoleniu kota, który jojczył, że takiej zabawki go pozbawiłam.

Potem zagrzebałam się głęboko w pościeli i zaczęłam analizować. Czy mysz mogła wleźć po ścianie na 1 piętro i się zabunkrować, gdy byliśmy na urlopie (okna zostawiliśmy uchylone.)? Czy może wlazła sobie w ciągu dnia, gdy balkon był otwarty, a my krążyliśmy po domu? Czy wlazła przed chwilą, żeby się ukryć przed burzą i wpadła pod przysłowiową rynnę? Czy była sama, czy z kompanią rodziny, która mi się umości w swetrach, albo w jakimś niedostępnym miejscu i będzie robić nocą wyprawy do kuchni po jedzenie? DS rano spróbował te wizje oswoić, mówiąc, że był to odosobniony przypadek i nigdy myszy nie wchodziły do tego domu, więc. Ale ja swoje wiem. A Aaron dostanie nagrodę. W końcu ochronił dziecia i nas przed strasznym losem Popiela.