głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

niedziela, 21 września 2008

Siedzimy sobie z Dużym Sierściuchem przed południem i pochłaniamy wzrokiem na National Geographic program o wielkich kotach* i porównujemy naszego malucha z jego wielkimi kuzynami.

Scenka I

Na ekranie właśnie stado lwów w przemyślny sposób organizuje zasadzkę na bawoły, a u nas Aaron próbuje dostać się do osy, która zaklinowała się pomiędzy oknami. Wali na oślep łapami w szybę, strzyże uszami i z obłędem w oczach miauczy:

Ja: [patrząc na Aarona z politowaniem] Kot... ty chyba jednak nie jesteś z nimi spokrewniony, co?

Scenka II

Na ekranie naukowcy pokazują różnice w budowie głowy człowieka i tygrysa. Wychodzi na to, że my mamy słabą czaszkę, która chroni wielki mózg, a koty mają małą czaszkę, na której rozciągnięte są wielgachne mięśnie odpowiadające za przerażająco mocny ścisk szczęk, skutkiem czego niestety ich mózg jest wielkości orzeszka.

DS: [rozglądając się za Aaronem, który polazł do graciarni spać] Koooot! Chodź zobaczyć, jaki głupi jesteś!

* Przy okazji mieliśmy okazję pierwszy raz zobaczyć tzw. lygrysa, czyli skrzyżowanie samca lwa z samicą tygrysa - bydlę mierzy prawie 3,5 m, waży ok. 400 kg i jest płowy jak lew w centkopasy tygrysie. Niesamowite zwierzę - głowa tygrysa przy jego była o połowę mniejsza, że już nie wspomnę o głowie człowieka. Wyszło nam, że gdyby taki lygrys się rozwalił w naszym pokoju, to sięgnąłby od jednego do drugiego końca. Niewyobrażalne. 

czwartek, 18 września 2008

Albo nasze życie jest takie nudne, że nie widzę ciekawych tematów do opisania, albo mnie już taka niemoc ogarnęła, że nie chce mi się zwyczajnie myśli do netu przelewać. Najpewniej jednak brak notek jest zasługą depresji jesiennej, która wszystkich ogarnęła. Zimno jakoś tak, ponuro, słońca brakuje i za wcześnie ciemno się zaczyna robić. W związku z tym snujemy się ospale po domu, a kot powoli przekonuje się, że nie ma co jojczyć za otwarciem tarasu, bo na nim też zimno i nic ciekawego, a na dodatek nikt z nim tam dobrowolnie nie posiedzi nawet 5 minut.

Z ostatnich wieści - odwiedziło mi się naszą stolicę. Służbowo. Warszawa jaka jest, każdy widzi, można ją lubić, można nienawidzić. Ja mam stosunek ambiwalentny - są tam urokliwe zakątki, ale niestety głównie w oczy rzucają się współczesne szkaradzieństwa. I niestety tą razą tylko je było mi dane oglądać w taksówkowym przelocie między hotelem a warsztatami. Ale ja chciałam o kocie... Bo bestia została sama z Dużym Sierściuchem na niemalże 3 dni, a ja za pomocą komunikatorów internetowych tudzież telefonii cyfrowej na bieżąco dowiadywałam się o jego stan. 

Pierwszy dzień upłynął kotu w błogiej nieświadomości - dziwnym trafem chyba do końca nie zarejestrował, że mnie nie ma i spokojnie sobie trwał na stanowisku. Ja natomiast doznawałam katuszy, no bo jak to: jego ukochana pani wyjeżdża, a on ma to głęboko w poważaniu? Na szczęście, kryzys zaczął mu się drugiego dni. Ledwo DS wrócił z pracy, zaczęło się jojczenie (głównie w łazience, bo kafelki potęgują efekt dźwiękowy) i zataczanie się na ściany z wielkim wyrzutem w oczach. Oczywiście wieści te niezmiernie mnie ucieszyły. A wisienką na torcie był trzeciego dnia sms od DS, że sobie go pozwolę zacytować dosłownie, co by jego smaczku nie zatracić "Skurwiel sra dwa razy dziennie". Kto zna stosunek DS do kocich odchodów, wie, jakiej radości doznałam. A że wredna jestem? Bywa.

Tymczasem, po moim powrocie kot przez godzinę dochodził do siebie, bo chyba nie bardzo daje sobie radę z ogarnięciem pojęć "nie ma, ale będzie" tudzież "nie było, ale jest", ale potem wszystko wróciło do normy i znów w trójkę snujemy się sennie po domu. I nie oczekujcie ode mnie więcej - bez słońca i wsparcia niebiańskiego nie jestem w stanie spłodzić więcej. 

poniedziałek, 08 września 2008

Kot nam dorasta. I jestem święcie przekonana, że on dobrze o tym wie. Nagle do łba zaczęły mu przychodzić pomysły wcześniej niespotykane, głównie związane z chęcią znalezienia się w tytułowym miejscu, gdzie nasz wzrok nie sięga, ale za to jego ogarnia całe pomieszczenie. Mówiąc prościej: drań zaczyna zwiedzać przestrzenie podsufitowe. I w związku z tym dwa epizody:

1. Siedzimy sobie z Dużym Sierściuchem grzecznie w pokoju i coś tam oglądamy w tv, gdy rozlega się przeraźliwy płacz Aarona. Początkowo nie zareagowaliśmy, bo kot zaczął nabierać nawyku wymuszania na nas zainteresowania swoją personą właśnie jojczeniem. Niestety, parę minut później zawodzenie nadal trwało, więc zwlekłam swoje szanowne cztery litery z sofy i poszłam szukać kota. Wówczas wredota umilkła, co mi oczywiście utrudniło poszukiwania, bo rozglądałam się po miejscach na wysokości kolan i niżej, a nie przyszło mi do głowy, że Aaron mógłby zawędrować gdzieś do góry. Gdy w końcu kazałam mu się odezwać, dostrzegłam go na wiszących szafkach w kuchni. Najpierw załamałam ręce, bo tam nie sprzątane nie przyznam się od kiedy, więc mi kurze pozamiata i rozniesie po chacie, a potem zaczęłam kwiczeć ze śmiechu, bo się okazało, że durny kot i owszem, wleźć potrafił, ale ma trudności z określeniem azymutu zejścia. Zawołałam DS, co by też się pośmiał z małego rozumku kota i gdy już wystarczająco ponapawaliśmy się jego rozpaczą, DS poklepał dach lodówki i potem blat, po których to Aaron wlazł na górę. Niestety, teraz Aaron się doskonali w tych wędrówkach, a ja złapałam paranoję, że mi szafki nie wytrzymają ciężaru kota i runą na mój piękny blat i zmywarkę.

2. Leżę sobie w wannie i delektuję się kąpielą, a Aaron siedzi na pralce obok i obserwuje świat łazienki. Po pewnym czasie zaintrygowała go biegnąca przez środek łazienki na wysokości mniej więcej 2 m rura z wodą wpakowana gustownie w prostokątny tunel oklejony kafelkami więc zaczął jej się przyglądać z inżynierską miarką w oczach. No to siedzę sobie i zastanawiam się, czy durnocie uda się tam wskoczyć z pralki (daleko nie miał) i znów powycierać mi następne kurze w domu, kiedy kot robi najbardziej głupi w jego dotychczasowym życiu manewr. Zamiast bowiem skoczyć bezpośrednio na rurę, czyli z pralki w bok, Aaron postanowił wspiąć się na część rury wystającą bezpośrednio ze ściany. Wykonał więc niemrawy skok i rozpłaszczył się na ścianie, trzymając się przednimi pazurami ostatniego rzędu kafelków. Tylnie łapy zamachały przez chwilę w poszukiwaniu oparcia, ale nie miały szans w zetknięciu z gładkimi kafelkami. Kot wydał z siebie jęk pt. "Kurna, a myślałem, że to dobry plan" i powoli osunął się po ścianie na pralkę. Potem szybciutko z pralki zeskoczył na ziemię i opuścił miejsce swej hańby na następne parę godzin, dopóki go do kuwety nie przypyliło. Ja natomiast znów sobie pokwiczałam i uznałam ten spektakt za ukoronowanie dnia.

I jedynie mały smuteczek na koniec. Aaron się robi dorosły i coraz szybciej się przemieszcza. Zwłaszcza, gdy widzi aparat. W związku z tym nie posiadam z epizodów żadnego zdjęcia i wciąż poluję na chwilę, gdy uwiecznię go na szafkach lub gdy znów spróbuje zbłaźnić się w łazience. Niestety, kot się pilnuje i na dźwięk włączanego aparatu natychmiast schodzi do poziomu podłogi...