głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

sobota, 05 września 2009

W lutym tego roku posiałam Aaronowi trawkę, co by się jej mógł nażreć i ulżyć żołądkowi, w którym, jak sądziłam, zalegała w dużych ilościach jego sierść. Kot trawę konsumował parę tygodni, ale rzygać nie chciał żadną miarą. Trochę mnie to martwiło, no bo przecież jego żołądek nie jest worem bez dna i też ma swoje granice wytrzymałości, ale filozoficznie stwierdziłam, że skoro nie pozbywa się sierści, to znaczy, że widać nie musi. I jak się okazało, wszystko ma swój czas i swoje miejsce.

Triumfalne, pierwsze opróżnienie kociego żołądka miało miejsce w nocy we wtorek, o czym się przekonałam rano wchodząc do łazienki. Bez okularów i szkieł kontaktowych nie miałam duzych szans. Efektownie wdepnęłam w sam środek, po czym szpetnie zaklnęłam i zabrałam się za sprzątanie. A potem się rozmarzyłam, że kot mądry i dobrze wychowany, bo przecież mógł narzygać na kanapę, nasze łóżko, na ciuchy w szafie i w tyle innych, atrakcyjnych miejsc, a on wybrał surowe kafelki w łazience, minimalizując straty materialne do zera. I tak oto wreszcie Aaron przeszedł inicjację. Ciekawe, co ile teraz będzie nas raczył podobnymi prezentami i czy zachowa się wówczas równie mądrze i dojrzale.

I Duży Sierściuch, i ja jesteśmy egoistami, więc zazwyczaj wymagamy wszystkiego teraz i tu. Wieczorem DS dorwał się do laptopa i rozsiadł się z nim wygodnie na kanapie. Ja postanowiłam zaprotestować, bo rozsiadł się na mojej ulubionej części:

Ja: O nie, nie zajmiesz i laptopa i całej kanapy. Ja chcę miejsca do czytania. Wypad.

DS: Mówi się "proszę".

Ja: Wypad, proszę.

DS: To sprzątnij koc [bo zalegał na jego części kanapy].

Ja: Mówi się "proszę"...

Kocyk sprzątnęłam na siebie, bo jak wiadomo, pod ciepłym kocykiem czyta się najlepiej.