głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

sobota, 17 lipca 2010

Jest upał. W związku z tym daliśmy kredyt zaufania kotu i postanowiliśmy zostawiać jednak drzwi na balkon otwarte. Błąd. Jak zwykle, błąd.

Dziś koło południa dzieć sobie smacznie drzemał, my siedzieliśmy przed tv próbując się ochłodzić litrami płynów, a kot spoczywał pod stolikiem na balkonie. Ot, sielanka. I nagle usłyszeliśmy łubudubu, piski, ćwierkania ptaszków i jęk obudzonego dziecia. Ja pobiegłam na balkon, Duży Sierściuch do małej. Wybiegając z pokoju w drzwiach balkonu zdołałam dostrzec kota, co to zeskakiwał z barierki, wbiegał do domu i na mój widok wziął azymut na sypialnię, żeby się tam zabunkrować z mazurkiem*. Dorwałam drania obok łóżka, chwyciłam za szmaty i wyniosłam na powrót na balkon, intuicyjnie czując, że próby oswobodzenia ptaszka w domu mogą się skończyć jego demolką (znaczy się domu, a nie ptaszka). Na balkonie chwyciłam Aarona pod żuchwę i wbijając palce tam, gdzie się łączy górna i dolna szczęka, udało mi się otworzyć mu paszczę. Mazurek wyskoczył, kot próbował za nim, ale twardo trzymałam (przez co się oczywiście zadrapań nabawiłam), i dzięki temu po paru skokach udało się ptaszku odlecieć. Mam nadzieję, że poza strachem i utratą 5 piórek nic mu się nie stało.

I teraz tak. Zachodzę w głowę, jakie figury ekwilibrystyczne musiał odprawić Aaron, żeby sięgnąć z barierki (która sama w sobie jest przecież szerokości może 2 cm) do rachitycznej, wiotkiej gałęzi sosny, z tejże gałązki zerwać ptaszka i nie spierdolić się w dół, ale wrócić na balkon. DS powiedział potem kotu, że mu zaimponował. Mi też.

No a druga sprawa, to oczywiście nadszarpnięty wizerunek kota spolegliwego, co to zapomniał o szaleństwach i się wylegiwał na balkonie oszczędzając siły ze względu na panujący upał. No dupa - znów musimy wrócić chyba do  rytuału wypuszczania kota na balkon tylko z nami i zamykania drzwi, gdy z balkonu wychodzimy. Biorąc pod uwagę panujące temperatury, cieszy mnie to niezmiernie...

*Takie samo jak wróbelek, ino na policzkach ma brązowe placki.

wtorek, 08 czerwca 2010

Jakiś czas temu kupiliśmy dzieciu bujak w IKEA, co by sobie zmysł równowagi ćwiczyło i zabawę miało. Dzieć bujak sam wybrała, w sklepie z zachwytem wpatrując się w głęboką czerwień i testując na sobie przydatność zabawki. Od tego czasu bujak stoi dumnie na środku dywanu w jej pokoju, a mała od czasu do czasu zasiada na nim i każe się bujać.

Natomiast w czasie, gdy dzieć nie korzysta z bujaka, staje się on schronieniem kota, który upodobał sobie go na nową kryjówkę. Słów więcej nie trzeba - wystarczy popatrzeć na zdjęcie niżej.

podbujakiem

poniedziałek, 31 maja 2010

Duży Sierściuch poszedł do sklepu. Chwilę po jego wyjściu dzwoni jego telefon służbowy, ale jako że nie wyświetla się nikt znajomy, a ja nie rozpoznaję numeru, nie odbieram. Trzydzieści sekund później DS dzwoni na mój telefon:

DS: Rzuć mi przez balkon portfel, bo zapomniałem zabrać kasy.

Ja: Już idę. Przy okazji, ktoś dzwonił na twój służbowy telefon, numer... [tu odczytuję cyfry z połączenia].

DS: TO MÓJ NUMER! MOJA ŻONA NIE ZNA MOJEGO NUMERU!

Ja: [zatkało mnie] A po cholerę ty dzwonisz na swój służbowy?

DS: BO TY SWOJEGO NIE ODBIERAŁAŚ, WIĘC MYŚLAŁEM, ŻE MÓJ USŁYSZYSZ I ODBIERZESZ! NO, ALE JAK SIĘ NIE ZNA NUMERU...!

Faktycznie miałam telefon wyciszony i pierwszej próby nie zarejestrowałam. Potem pół godziny się kajałam. Tak, kompletnie nie mam pamięci do numerów, dat i innych takich zawierających cyfry.

piątek, 07 maja 2010

Osiem miesięcy bez pisania to rzeczywiście długo. Sama nie wiem, jakim cudem tak szybko ten czas zleciał. Pewnie przez prozę życia, czyli dziecia, pracę, dom i brak czasu dla siebie. Przeglądam sobie od czasu do czasu tego bloga, przy niektórych wpisach uśmiecham się do siebie z nostalgią i zastanawiam, czy jestem w stanie streścić jakoś sensownie te miesiące milczenia. Może więc znowu w punktach, a ta notka zmobilizuje mnie do skutecznego  reanimowania bloga.

1. Dzieć

Dwa tygodnie temu skończyła już 14 miesięcy.  Można rzec, że z miesiąca na miesiąc coraz lepiej przystosowywaliśmy się do nowej sytuacji. O ile początki były trudne, o tyle z każdym zakończonym tygodniem coraz łatwiej udawało nam się zrozumieć, o co jej chodzi i jak reagować na różne sytuacje. Teraz mamy już ten czas, gdy możemy się tylko zachwycać dzieciem, jej rozwojem, bystrością i urodą. Nie sprawia praktycznie żadnych problemów, je wszystko, zasypia grzecznie sama, rozumie wszystko, co się do niej mówi (choć nie zawsze się z tym zgadza...), chłonie nowości jak gąbka, wciąż się śmieje i uczy nas, jak cieszyć się życiem i chwilą obecną. Obserwowanie jej sprawia nam niesamowitą przyjemność i poniekąd cieszę się, że pierwsze miesiące i ciężkiego baby bluesa przykryła mgła zapomnienia. Czasami patrzę z niedowierzaniem na jej zdjęcia sprzed roku i zdumiewa mnie, jak ten mały człowieczek szybko się zmienia i rośnie. Staram się dokumentować zdjęciami, ile tylko się da, i snuję plany na przyszłość, co dla niej zrobię, czym ją obdaruję i jak będziemy wspólnie poznawać świat. Dla niej chcę wrócić do moich badań genealogicznych, żeby odtworzyć jej dzieje naszej rodziny, bo gdy patrzę na nią i zdjęcia moich praprapradziadków w paszportach z zaboru ruskiego, to czuję tę ciągłość życia i wpadając w patetyczny ton widzę sens istnienia. Ale poza momentami takiego budyniu zarezerwowanymi tylko dla niej nadal jestem cyniczna, gruboskórna i sceptycznie podchodzę do rzeczywistości. Z pewnością nie żyję tylko dla dziecia, jej pojawienie się raczej uzupełniło mój świat i czasem tęsknię za dniem w samotności, ale wiadomo - priorytety się zmieniają i powoli przyzwyczajam się do faktu, że milion spraw będzie leżało jeszcze długo odłogiem, bo jest dzieć.

2. Kot

Okazał się być idealnym kotem dla rodziny z małym dzieckiem. Cierpliwie znosił jej początkowe zaczepki, gdy nie potrafiła jeszcze delikatnie go dotknąć i wyrywała mu całe kępki sierści. Może ze trzy razy podniósł na nią ostrzegawczo łapę, ale zawsze ze schowanymi pazurami i nigdy jej nie pacnął. Gdy stawała się zbyt namolna czy brutalna, zawsze rejterował do drugiego pokoju i nie okazywał żadnej agresji. Z czasem oswajał się z nią coraz bardziej,  a dziś panuje między nimi stuprocentowa komitywa. Czasem chodzą razem po domu, a dzieć trzyma rękę na jego grzbiecie. Czasem, gdy Aaron śpi na naszym łóżku, dzieć potrafi przyjść, wgramolić się i przytulić głowę do jego futra. Czasem sama nieporadnie naciąga sznurek w jego myszach zabawkach i próbuje mu rzucić i w ten sposób zachęcić go do zabawy. Czasem z szacunkiem i uwielbieniem dotyka delikatnie jego uszu, łap i ogona i każe mi po tysiąc razy potwarzać te wyrazy, żeby utrwalić sobie w głowie. A Aaron, gdy wracamy z nią do domu, zawsze podchodzi do niej, obwąchuje badawczo jej włosy i twarz, dotyka nosem nos i odchodzi spokojny, że wszystko jest tak jak powinno być. Oczywiście bywa i mniej sielankowo. Czasem kot wpada do niej do pokoju z łomotem wieczorem, akurat wtedy, gdy zasypia, czasem urządza w nocy koncert jojczenia i budzi ją, a czasem ostentacyjnie olewa ją i jej próby interakcji. Ale dzieć też nie jest mu dłużna i potrafi czasem specjalnie podejść do niego, gdy śpi, i zawyć radośnie wysokie C, żeby z ukontentowaniem ogladać jego przerażoną minę i ucieczkę jak najdalej od źródła hałasu. A czasem gdy widzi, że Aaron robi to, za co ja go  zazwyczaj ochrzaniam, biegnie po mnie i paluszkiem na niego wskazując, skarży na niego w swoim własnym języku.

No, na dzisiaj wystarczy, bo po tak długim okresie przerwy ciężko się zbiera myśli i z trudem kleci zdania. Może niebawem i zdjęcia Aarona się pojawią, jeśli tylko znajdę w miarę aktualne, albo mu zrobię nowe.

sobota, 05 września 2009

W lutym tego roku posiałam Aaronowi trawkę, co by się jej mógł nażreć i ulżyć żołądkowi, w którym, jak sądziłam, zalegała w dużych ilościach jego sierść. Kot trawę konsumował parę tygodni, ale rzygać nie chciał żadną miarą. Trochę mnie to martwiło, no bo przecież jego żołądek nie jest worem bez dna i też ma swoje granice wytrzymałości, ale filozoficznie stwierdziłam, że skoro nie pozbywa się sierści, to znaczy, że widać nie musi. I jak się okazało, wszystko ma swój czas i swoje miejsce.

Triumfalne, pierwsze opróżnienie kociego żołądka miało miejsce w nocy we wtorek, o czym się przekonałam rano wchodząc do łazienki. Bez okularów i szkieł kontaktowych nie miałam duzych szans. Efektownie wdepnęłam w sam środek, po czym szpetnie zaklnęłam i zabrałam się za sprzątanie. A potem się rozmarzyłam, że kot mądry i dobrze wychowany, bo przecież mógł narzygać na kanapę, nasze łóżko, na ciuchy w szafie i w tyle innych, atrakcyjnych miejsc, a on wybrał surowe kafelki w łazience, minimalizując straty materialne do zera. I tak oto wreszcie Aaron przeszedł inicjację. Ciekawe, co ile teraz będzie nas raczył podobnymi prezentami i czy zachowa się wówczas równie mądrze i dojrzale.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43