głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

sobota, 05 września 2009

I Duży Sierściuch, i ja jesteśmy egoistami, więc zazwyczaj wymagamy wszystkiego teraz i tu. Wieczorem DS dorwał się do laptopa i rozsiadł się z nim wygodnie na kanapie. Ja postanowiłam zaprotestować, bo rozsiadł się na mojej ulubionej części:

Ja: O nie, nie zajmiesz i laptopa i całej kanapy. Ja chcę miejsca do czytania. Wypad.

DS: Mówi się "proszę".

Ja: Wypad, proszę.

DS: To sprzątnij koc [bo zalegał na jego części kanapy].

Ja: Mówi się "proszę"...

Kocyk sprzątnęłam na siebie, bo jak wiadomo, pod ciepłym kocykiem czyta się najlepiej.

sobota, 01 sierpnia 2009

Kot zaanektował na dobre wózek dziecia. Na szczęście jedynie miejsce między kołami służące przewożeniu czegoś w zależności od okoliczności. Że się zaczął do wózka przystawiać, to pisałam już parę miesięcy temu, ale teraz, jako że wózek na co dzień stoi w korytarzu, a nie przed mieszkaniem, a drapak kota definitywnie się załamał pod jego wagą, Aaron uznał, że jest to najlepsze miejsce na drzemki dzienne i nocne, jak i obserwację z ukrycia całego domu. Cichą obserwację, dodajmy, bo powoduje to jak zwykle mini zawały, ale tym razem Dużego Sierściucha. DS bowiem wymyślił, że spacerówka na płask i po zdjęciu budy jest idealną platformą do wożenia dziecia po domu, co by nie marudziła, że się ją zostawia, i co by się nie przedźwigać jej noszeniem, bo już swoje waży. Tak więc DS urzędował po pokojach, to sypialnię ogarniając, to pranie nastawiając, a dzieć na brzuchu robił peryskop i przyglądał się pracom. Po jakichś 2 godzinach DS zorientował się, że jakoś tak cicho i kota dawno już nie widział. W pierwszym odruchu pognał na balkon, ale puknąwszy się w głowę przypomniał sobie, że tego dnia jeszcze drzwi na balkon nie otwierał, więc Aaron żadną miarą nie mógł się na nim znaleźć. No to zaczęły się poszukiwania kota z dzieciem na wózku. Przejazd od pokoju do pokoju, przeszukanie wszystkich kryjówek łącznie z zamkniętymi w naszym przekonaniu na amen szafami, przetrzepanie pościeli, padnięcie na kolana przed sofą i biblioteką, pod którymi kocur zwykł się chować. I nic. Kot się zdematerializował i, co gorsza, nie raczył nawet odpowiedzieć na zaczepki słowne. DS zwrócił się w końcu do dziecia, czy może ona gdzieś drania nie widziała i nie chciałaby się tą wiedzą jakoś podzielić. I jak się zwrócił, tak ujrzał bezczelnie rozwalonego Aarona w owym koszu między kołami. Kot wielce zadowolony z siebie oczywiście przeciągnął się, z politowaniem popatrzył na DS i poszedł dalej spać. No bo jak to, przez prawie 2 h wozić kota po chacie razem z dzieciem i nie zarejestrować tego faktu. No ja was proszę. Prawda?

poniedziałek, 13 lipca 2009

Nie da się ukryć, że pojawienie się dziecia nieco zburzyło spokojny tryb życia Aarona. Pomijając wrzaski, których jego wrażliwe uszy nie potrafiły znieść, degradację do pozycji drugiego w stadzie (oj ciężko tak przestać być z dnia na dzień beniaminkiem), kota zbulwersował najbardziej fakt, że przeniosłam się spać do pokoju dziecia. Co wieczór kot rozdarty siadał w korytarzu i patrzył to w jedną stroną na drzwi naszej sypialni, to w drugą na pokój dziecia i próbował ogarnąć, że albo będzie spał ze mną na niezbyt wygodnym tapczanie, albo z chrapiącym Dużym Sierściuchem, ale za to na idealnie wyprofilowanym materacu. Próbując pogodzić obydwie opcje, potrafił jednej nocy zmieniać parokrotnie miejsce spania, żeby zaspokoić i potrzebę przebywania ze mną, i chęć wygodnego wylegiwania się w wielkim łożu.

Jakiś czas temu jednak DS przypadkiem pozbawił go tych rozterek. A mianowicie bawiąc się z dzieciem świeżo po posiłku, przewrócił go na moim tapczanie na brzuch. Dzieć zaprezentowała prawidłowy odruch i zwróciła całą zawartość żołądka tak skutecznie, że przez narzutę dostała się aż do prześcieradła. Cała pościel poszła oczywiście od razu do prania, ale wiadomo było, że do wieczora nie wyschnie i z powodu deficytu w naszym domu w tego typu przedmioty, jedyną alternatywą była pościel w naszej sypialni. DS co prawda rycersko zaoferował się, że odda mi ją i będzie spał pod jakimś kocem, ale zdecydowaliśmy, że jednak jest to idealna okazja, żeby sprawdzić, czy dzieć da radę spać sam w pokoju (i tak spała w swoim łóżeczku, więc rozchodziło się jedynie o to, czy będziemy dostatecznie czujni, żeby usłyszeć jej marudzenie, zanim się przerodzi w nocny nieujarzmiony ryk). I tak oto dla Aarona  ponownie nastał stary porządek i wróciły wieczorne rytuały. Jak przed pojawieniem się dziecia Aaron czeka, aż oboje się położymy i wówczas uskutecznia wędrówkę pomiędzy nami, żeby badawczo obwąchać obie twarze, a następnie obalić się i wpasować w czyjąś klatkę piersiową i oddać mruczeniu i mizianiu. Przyznam się szczerze, że mi też tego brakowało...

Muszę jednak przyznać kotu, że w nowej sytuacji jako tako się odnalazł i wieczorami, zanim przeniesie się za nami do sypialni, nadal uprawia najchętniej drzemki w pokoju dziecia, który kiedyś był, jakby nie było, jego udzielnym królestwem. Ze stoickim spokojem przyjął na swoje włości nowego obywatela i nie protestuje, że jego domena skurczyła się do tych paru metrów na tapczanie. Co więcej, jak dobrze wychowany kot wie, że łóżeczko dziecia to strefa zakazana i poza paroma razami, gdy jeszcze było niezamieszkane, nigdy nie próbował w nim spać. No i przede wszystkim chylę czoła przed jego cierpliwością do dziecia, która w pobliżu kota od razu przewraca się na brzuch i bez przerwy chwyta go za ogon i łapy. Kot ani razu nie pacnął dziecia, nie wyciągnął pazurów, a jedynie, gdy sytuacja przestawała mu się wyraźnie podobać, wstawał, przeciągał się i z godnością opuszczał miejsce, w którym traktuje się go jak żywą zabawkę. Ach, i najważniejsze. Aaron już parokrotnie łbem ocierał się o głowę i nogi dziecia, żeby zostawić swój zapach na niej. To chyba znaczy, że już ostatecznie ją zaakceptował. Znaczy się, jest dobrze.

piątek, 03 lipca 2009

Pamiętacie ten wpis? Mogę wreszcie napisać, że udało mi się, choć nie do końca po mojej myśli, zakończyć sprawę. Nie do końca po mojej myśli, jako że firma ubezpieczeniowa, która miała wypłacić mi odszkodowanie z OC sprawcy bardzo mnie zawiodła [tak, to oczywiście eufemizm]. Ale po kolei.

Mając orzeczenie o winie i nr polisy sprawcy zadzwoniłam do ubezpieczyciela i poprosiłam o należące mi się pieniądze. Szybko na parkingu, gdzie stał wrak, pojawił się rzeczoznawca, obfotografował zwłoki i wysłał informacje na temat stanu pojazdu do ubezpieczyciela. I równie szybko, bo już po tygodniu, miałam pierwszą wycenę. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało idealnie. Samochód wyceniono na 19100, ubezpieczyciel miał wypłacić 10300, a pozostałe 8800 zaofiarował nabywca z aukcji internetowej. Bo trzeba wam wiedzieć, że ubezpieczyciele wystawiają wraki na swego rodzaju aukcjach, do których dostęp mają przeróżne warsztaty samochodowe, dealerzy itp. (płacąc oczywiście za ten dostęp), i w ten sposób pozbywają się kłopotu (tj. wypłacają z własnej kieszeni mniejsze odszkodowanie). Skontaktowałam się zatem z nabywcą, który przelał mi pieniądze i następnie przyjechał z lawetą z drugiego końca Polski. I tu pierwszy zonk. Ubezpieczyciel na owej aukcji najwidoczniej nie podał faktycznego stanu auta, bo nabywca, gdy go zobaczył, złapał się za głowę i powiedział, że czegoś takiego to on nie kupował. I zażądał zwrotu pieniędzy. Potem się zrobiło nieprzyjemnie, bo to była sobota i bank zamknięty, więc nie miałam jak wypłacić kasy, nabywca zaczął nam imputować, że chcemy go okraść i w końcu ustąpił, gdy dostał potwierdzenie z internetu, że przelałam mu z powrotem pieniądze na konto. Smaczku temu epizodowi dodaje zaś fakt, że w wycenie ubezpieczyciel napisał, że zwycięzca z aukcji jest ZOBOWIĄZANY zakupić auto, podczas gdy tak naprawdę, to nikt nie może go do tego zmusić. Nieco zatem wściekła zadzwoniłam do ubezpieczyciela z pytaniem, co on na to i że ja bardzo sobie nie życzę, żeby obce osoby zarzucały mi, że jestem oszustka i złodziejka, bo to nie ja wystawiałam auto na aukcję. Ubezpieczyciel nie przeprosił za całe to zamieszanie, za to przesłał następną wycenę. I ta już tak przyjemna nie była. Na drugiej aukcji bowiem nie znalazł się nikt skłonny zakupić pozostałości mojego auta, więc ubezpieczyciel oparł się na podanym przez rzeczoznawcę współczyniku zbywalności (WTF?), który wyniósł 5800, i w związku z tym uznał, że może mi wypłacić li i jedynie 13100. Bo wg nich auto jest warte po wypadku 5800 i ja sobie bez problemu za tyle powinnam je sprzedać.*Jakiekolwiek próby negocjacji nie miały oczywiście sensu, ubezpieczyciel się zaparł i kazał się cieszyć tym, co daje. No to Duży Sierściuch zaczął szukać po stacjach złomujących auta, kto by był chętny kupić mój wrak i dał przy okazji najwięcej. Jak się okazało, najwięcej to było 2500, bo i stacja chciała na tym zarobić, wymontowując, co tylko zdatne do użytku, i sprzedając w swoim sklepie z częściami używanymi. W ten oto sposób wypadek kosztował mnie 3300, co było o tyle niekorzystne, że miałam o tyle mniej pieniędzy na kupno następnego auta, a dodatkowo spłacałam kredyt na auto, którego nie posiadałam już.

Ale jako że, jak kiedyś już pisałam, urodziłam się w czepku, dodatkowe pieniądze się znalazły i koniec końców wyszłam na tym całkiem dobrze. Tydzień temu mniej więcej sprawiłam sobie po miesiącach poszukiwań następne auto - Lancię Lybrę Kombi. Uznałam, że skoro DS ma bajerancki samochód, to ja nie chcę być gorsza, a jako że szukaliśmy kombi, co by się wózek dziecia zmieścił (wot, proza życia...), to już od początku miałam wybór nieco zawężony. Auto piękne, zrywne, oszczędne, ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami dla kierowcy i co ważne, niewypadkowe i sprawne w 100%. Teraz mam tylko nadzieję, że zła passa się już skończyła i samochód starczy mi na dłużej. I dla zainteresowanych, a laików: tak oto wygląda rzeczona Lancia.

*No chyba jedynie pracowicie przez pół roku wymontowując poszczególne elementy silnika i nadwozia i sprzedając na Allegro.

środa, 27 maja 2009

Na tym blogu z założenia nie ma być o dzieciu, ale w zasadzie ta notka dotyczy dziecia i kota, więc częściowo spełnia warunki...

Otóż Aaron został gwiazdą, VIPem i złotym cielcem w jednej osobie. Młoda ostatnimi czasy zaczęła rozpoznawać kota w przechodzącej lub leżącej obok niej na kanapie górze szarego futra i postanowiła wielbić go miłością wielką i bezwarunkową. Polega to na tym, że nieważne, w jakiej by była pozycji i co by robiła, widok kota powoduje u niej oczy wielkości talerzy obiadowych (bo normalnie są tylko wielkości talerzyków do ciasta), szeroko otwartą gębę (idealny sposób na zakroplenie witamin tak przy okazji...) i ogólny stupor ciałka. W takim niemym uwielbieniu potrafi gapić się na kota i gapić. Jeśli odbywa się to na leżąco, przy okazji wygina tułów i głowę jak rasowy jogin, byle tylko nie tracić Aarona z zasięgu wzroku. 

Ostatnio zaś trafiła się okazja, by zapoznać ich ze sobą bliżej. Młoda akurat leżała sobie ze mną na rozłożonej kanapie, gdy kotu zebrało się na mizianie i uwalił się obok. Dzieć oczywiście zaprezentowała wygięcie i stupor, ale tym razem Duży Sierściuch dosunął ją do kota, a ja zaczęłam go głaskać, bo w pierwszym odruchu postanowił zrejterować (w sumie nie dziwne, bo na razie dzieck mu się kojarzy chyba tylko z ogłuszającymi wrzaskami). Aaron nieco się uspokoił, ale strzygł uszami i łypał okiem, co będzie dalej. A dzieć, nie wierząc swojemu szczęściu, że oto doświadcza majestatu kociego, wyciągnęła nieśmiało rękę i zanurzyła w kociej sierści. Oczywiście, nie potrafiła jeszcze dobrze chwycić i futro zaczęło jej się przelewać między palcami, ale zachwyt na jej buzi mówił sam za siebie. Po czasie jednak doszliśmy do wniosku, że Aaron będzie miał przechlapane, gdy tylko dzieć zacznie raczkować. Już sobie wyobrażamy zestresowanego kota, który przemierza w te i we wte cały dom, a za nim po podłodze gramoli się nieporadnie, ale z uporem, dzieć. Oj, ciężko być idolem...

wylegiwanie 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43