głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

sobota, 09 maja 2009

No i jak zwykle wyszło na moje. Nie żeby mnie to cieszyło, bo jak tak dalej będzie wychodzić na moje, to z moim ukrytym pesymizmem nic tylko od razu do trumny się położyć. W każdym razie kot sobie nagrabił, a ja rzeczywiście niemalże zeszłam z tego świata.

Leniwym popołudniem, gdy powoli szykowaliśmy się na odwiedziny u wonderwoman, Duży Sierściuch oporządzał się w łazience, a ja karmiłam przed wyjazdem dziecia. I co? I słyszę, jak sąsiadka woła z dołu DS, że chyba to nasz kotek wyskoczył i siedzi pod balkonem. DS w półnegliżu, z papą pełną pasty do zębów, więc ja dziecia na ręce, bo mi zaczął płakać, i zaiwaniam na dół z duszą na ramieniu, sercem w gardle i przekleństwem na ustach. I rzeczywiście. Aaron siedzi pod balkonem i robi się wielki, bo jamnik sąsiadów próbuje go obwąchać i poszczekuje.* W jednej chwili zachwyciłam się kotem, bo w mgnieniu oka gabarytowo prześcignął psa, i przestraszyłam się, że mi za płot spierdoli, a ja z dzieciem w objęciach nie zamierzałam uprawiać biegów przez płotki. No to zaczynam Aarona nawoływać, że halo, to ja, twoja pani, bądź dobrym kotkiem i chodź do domu. A ten co? Jak mnie zobaczył, to od razu zaczął chojrakować, bo już sam nie był przeciwko wielkiemu złemu światu, i zamiast grzecznie ogon podkulić i udać się, dokąd proszę, zaczął z zaciekawieniem obwąchiwać teren. No to zaczęło się naganianie kota do klatki schodowej, sąsiadka z jednej strony, ja z dzieciem z drugiej, a kot oczywiście rura pomiędzy i zygzakiem, bo jamnik depcze mu po piętach. Po chwili do pogoni dołączyli drudzy sąsiedzi, którzy akurat musieli wyjść odprowadzić swoich znajomych do furtki i zaczął się totalny cyrk z kocurem w roli głównej. Koniec końców oddałam dziecia do potrzymania sąsiadce (wściekła na DS, bo ten nie zszedł, myśląc, że jak poszłam, to już dałam sobie radę) i dorwałam drania za karczycho i zaniosłam na górę. W domu kot został wyzwany od najgorszych, dostał szlaban na samodzielne wychodzenie na balkon (trochę dupa, bo latem albo ktoś będzie z nim siedział, albo będziemy się kisić przy zamkniętych drzwiach...) i zawstydzony schował się pod bibliotekę. 

I tyle w kwestii zapewnień DS, że kota można zostawiać samego na tarasie, bo jaj nie ma, żeby zeskoczyć na dół. A pięćset razy powtarzałam, że instynkt to instynkt... No a zdjęcia Aarona będą za jakiś czas, bo po tej jego akcji za bardzo mi się ręcę trzęsą z wściekłości na jego durnotę, żeby mu foty strzelać. 

*Po fakcie oczywiście DS opierdolił sąsiadkę delikatnymi słowy, że nieco łatwiej byłoby kota złapać, gdyby oni zamiast go zaganiać, po prostu wzięli psa na smycz. No ale im się wydaje, że teren wokół domu jest ich własnym podwórkiem i trudno im przyjąć do wiadomości, że obok mieszka jeszcze ktoś, kto z tego terenu korzysta. Pozostaje kupić mi doga niemieckiego i też luzem puszczać, co by sobie pobiegał...

czwartek, 07 maja 2009

Ja kiedyś przez te moje dwa sierściuchy zjadę z tego świata. Nagle i efektownie.

Najpierw okazało się, że Aaronowi samo wychodzenie na taras już nie wystarczy. Nie wiem, czy cfaniak pamiętał, że za barierkami osłoniętymi wikliną jest jeszcze jakieś 20 cm wystającej krawędzi muru, czy też dojrzał te centymetry przez gałązki wikliny. Faktem natomiast jest to, że parę dni temu przez dobre 15 minut przewalałam całą chatę do góry nogami, żeby odnaleźć kota, gdy tymczasem on sobie siedział zadowolony na odzyskanym dlań gzymsie i spoglądał na okoliczny teren. Gdy go w końcu dojrzałam (bo cholera na żadne wołania nie raczyła odpowiedzieć), dostałam pierwszego zawału. No bo przecież, jak teraz tę durnotę złapać i wciągnąć z powrotem na taras, unikając zeskoczenia lub ześlizgnięcia się na dół? Do operacji został wciągnięty Duży Siersciuch, który miał za zadanie kota łapać, gdy tylko ja zbiegnę na dół i będę asekurować ewentualne upadki kota.* Oczywiście, gdy już zeszłam na dół, Aaron łaskawie sam wrócił do domu, przespacerowawszy się po całej długości gzymsu i wdrapawszy się po wiklinie do środka tarasu. Łajza i tyle.

Parę dni później natomiast drugi zawał zawinszował mi DS, który po późnowieczornym posiedzeniu na balkonie zamknął drzwi, jak zwykle zapominając sprawdzić, czy czasem kot się nie zabunkrował pod stolikiem lub krzesłami. Oczywista, że się zabunkrował. A jako że ja już spałam w pokoju młodej, nie byłam w stanie przypomnieć mu o Aaronie. I tak sobie nieświadoma rozgrywającego się dramatu spałam do mniej więcej trzeciej w nocy, gdy młoda zbudzila mnie na karmienie. Zaniepokojona brakiem obecności kota, który pojawiał się u nas, gdy tylko wyczuł, że ktoś się budzi, wylazłam z pokoju szukać go. Gdy znów przeryłam wszystkie możliwe zakamarki i stwierdziłam, że kota nigdzie nie ma, wyszło, że trzeba sprawdzić na tarasie. Po otwarciu drzwi, wnikliwym przyjrzeniu się mrokowi nocy i ustnym zawezwaniu kota, cfaniak odezwał się nieco zbolałym głosem, że on owszem jest tu, trochę już zmarznięty, ale przede wszystkim obrażony. Oczywiście odezwał się zza wikliny, więc mi już świeczki stanęły w oczach, bo jak tu po ciemku przeprowadzać akcję sprowadzenia kota do domu i co ja zrobię, jak łajza zdecyduje się zeskoczyć i spierdolić w ciemności egipskie. No to pozostało mi jedynie pieszczotliwym i spokojnym (tja, jasne) głosem zachęcanie kota do powrotu. Na szczęście po paru minutach dialogu (ja go proszę, żeby wrócił, a on się skarży, że jak to tak mogliśmy o nim zapomnieć) Aaron dał się udobruchać i dał nura do domu. Rano oczywiście zmyłam głowę DS, który uznał całą akcję za niezłą anegdotę w sam raz do opowiadania znajomym przy piwie. Ech...

Pocieszające, że choć dzieć jest w miarę przewidywalny i o zawał nie zamierza mnie jak na razie przyprawiać.

* Jasne, asekurować... Żeby poczuć komplet pazurów wbijających się w moją szyję i resztę ciała w ucieczce przed nieuchronną grawitacją... Tak naprawdę zeszłam na dół, żeby w razie skoku/upadku Aarona nie dopuścić do jego ucieczki, tylko od razu drania złapać za kark i odnieść do domowych pieleszy.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Ostatnio pisałam, że Aaron na progu pokoju dziecia siedzi i bacznie obserwuje obcych, co się po pokoju i przy dzieciu szwendają. Do tej obserwacji doszła nowa, w nieco swobodniejszej, co widać poniżej, pozie. Taką obserwację kot prowadzi co wieczór, czekając, kiedy dzieć zaśnie na tyle mocno, że będzie można wleźć do jego pokoju i uwalić się na kanapie, nie narażając się na nagłe wypełnienie uszu wrzaskiem rozbudzonego dziecia, któremu wypadł smok. Bo uszy kota, jak wiadomo, niesamowicie wrażliwe są.

A poza tym Aaron uczy mnie, że nie należy kłaść maty edukacyjnej dziecia na tym kawałku kanapy, co służy kotu do popołudniowej drzemki i nie należy kłaść ręcznika dziecia na pralce, która stanowi najlepszy punkt obserwacyjny w łazience. Brak posłuszeństwa skutkuje natychmiastową materializacją kota w opisanych miejsach na rzeczach dziecia i pozostawieniem znacznej ilości sierści. O ile do tego człowiek jest w stanie się przyzwyczaić, o tyle nigdy nie pojmę, jakim cudem sierść kota znalazła się w szczelnie zamkniętej paczce, którą dwie minuty wcześniej przyniósł kurier...

w_oczekiwaniu

środa, 15 kwietnia 2009

Aaron nadal obchodzi dziecia bokiem, słysząc jego płacz ostentacyjnie wychodzi z pokoju i od czasu do czasu badawczo obwąchuje, sprawdzając, czy jeszcze ma nad dzieciem przewagę metryczną i kilogramową, czy już nie. Czasem traktuje młodą jak żywą zabawkę i próbuje łapą pacnąć w machające na wszystkie strony kończyny, więc muszę zachowywać czujność i przywoływać go do porządku. Za to nieustannie rozczula mnie, gdy w obecności obcych siada lub kładzie się na progu pokoju dziecia i badawczo przygląda się temu, co się w pokoju dzieje. Wiem wówczas, że choć nie łasi się do dziecia, to akceptuje go jako cześć stadła i uważa za swojego. Może zatem za jakiś czas nastąpi między nimi pełna symbioza.

Na razie natomiast Aaron w pełni akceptuje rzeczy dziecia. O ile jej łóżeczko i fotelik samochodowy wybiłam mu już z głowy, o tyle z wózkiem jest gorzej. W końcu jednak osiagnęliśmy kompromis. Gondola jest dziecia, natomiast miejsce pod należy do kota. I pozamiatane.

wozek

poniedziałek, 06 kwietnia 2009

Blog jest zaniedbany i porasta kurzem oraz pajęczynami. Przyznaję bez bicia, że to mea culpa. I nie usprawiedliwia mnie dzieć, bo choć absorbujący bardzo, to jednak daje czasem wytchnąć (znaczy się, gdy śpi, albo do siebie gada jak najęty w sobie tylko znanym narzeczu). Bardziej chyba chodzi o to, że życie toczy się teraz niezwykle monotonnie. Dzień dzieli się na część z dzieciem (czyli karmienie, zabawa, przewijanie, kąpanie, spacery i inne takie) oraz na część bez dziecia (czyli wieczór i chwile, gdy dzieć śpi). Urozmaicenia typu wizyty u lekarzy, rodziny, czy pierwsze samodzielne wyjście do miasta na ploty*, choć niosą w sobie często wiele tematów na notki, jakoś nie powodują, że od razu chce mi się usiąść i pisać. Albo jak już zachcę, to okazuje się, że połowę tego, co chciałam napisać, zapomniałam...

Rozleniwiłam się, a czas spędzony w domu powoduje, że niewiele, żeby nie rzec nic, mi się nie chce. Duży Sierściuch wrócił do pracy, więc teraz siedzę sama i jak na razie sił mi starcza tylko na sprężenie się, co by przy młodej i dom ogarnąć, i coś do garnka włożyć i znaleźć chwilę dla siebie. I wychodzi na to, że w czasie chwil dla siebie, prowadzenie bloga nie jest najważniejsze. Co gorsza, zaczynam rozumieć ten fenomen kobiet siedzących w domu, co nic nie robiąc narzekają, że na nic czasu nie mają.  No i mam nadzieję, że przez pozostałe 3 miesiące macierzyńskiego nie zdążę się do nich upodobnić...

No i oczywiście nie zapominajmy o Aaronie. Kocisko coraz bardziej domaga się atencji. Zapewne uznało, że miesiąc to już wystarczająca ilość czasu, żebyśmy się z dzieciem oswoili i przypomnieli sobie o jego potrzebach. Zwłaszcza, że ciepło się zrobiło i kota gna na balkon nieposkromiona potrzeba mordowania robaczków. I trzeba przyznać, że jak czegoś chce, to kot potrafi jojczeniem nawet dziecia zagłuszyć. A taką kakofonię trudno znieść i człowiek szybko się poddaje. No i przy okazji, za chwilę Aaronowi stukną dwa latka, więc bez kozery mogę powiedzieć, że choć kocur zmężniał i nabrał słusznej postury, to w łbie nadal ma siano i tylko ochotę na zabawę :-)

dwulatek

*Yeah - Duży Sierściuch przeżył wieczór sam na sam z małą bez obrażeń. Co ważne, ona również...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43