głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

Kategorie: Wszystkie | Był sobie kot | Podróże małe i duże | Proza życia | Łyse konie
RSS

Był sobie kot

piątek, 03 grudnia 2010

To miał być głównie blog o kocie, a tymczasem Aarona tu tyle, co kot napłakał. Straszliwie nad tym boleję, a dodatkowo niestety nie mam wystarczająco dużo czasu dla niego. Praca, dzieć, obowiązki domowe powodują, że kot, który dość długo był samowystarczalny i w nosie miał jakieś dłuższe sesje miziania czy przesiadywania na kolanach, teraz zaczyna się sam dopominać o chwilę pieszczot, wskakując na sofę, bodąc głową w moją rękę i żałośnie miaucząc. Szczęściem w tej sytuacji jest dzieć, która już potrafi całkiem delikatnie go pogłaskać i przytulić się do niego, dzięki czemu powoli rośnie kotu jeszcze jedna osoba do miziania. A ja? No cóż. Wypracowałam sobie z Aaronem rytuał, dzięki któremu moje wyrzuty sumienia są choć trochę zagłuszane. Co wieczór, gdy idę spać, kot wskakuje na łóżko i układa się przy moim boku, a ja walczę ze zmęczeniem i głaszczę go tak długo, aż Aaron uzna, że wystarczy i uda się na kolację do miski, albo ja zasnę z ręką wtuloną w koci brzuch.

Poniżej ostatnie zdjęcia kota - w namiocie, który kupiliśmy ku uciesze dzieciu w IKEI.

w namocie

wtorek, 17 sierpnia 2010

A taki był spokój, a tak powolutku do przodu mi się żyło, aż sama się dziwiłam, że coś chyba za nudno u mnie. I proszę. Wczoraj niemalże zawału dostałam i to punkt o 24, więc tylko duchów brakowało.

Leżę sobie spokojniew łóżku, nie wadząc nikomu, słucham burzy za oknem i próbuję zasnąć, a tu nagle Aaron zaczyna mi po domu z łomotem biegać. Od sypialni, przez łazienkę do dużego pokoju. I z powrotem. I tak z 10 minut. I słychać, że jakąś zabawkę obrabia na wszystkie strony. Się troszkę wkurzyłam, bo spać jednak chciałam, i gdy znów wpadł do sypialni zapaliłam światło, żeby zobaczyć, co się dzieje. Kot uciekł do drugiego pokoju, więc zwlekłam zwłoki i poszłam za nim, żeby odebrać zabawkę. Stanęłam nad nim i zamarłam. A raczej serce, bo ja to się trząść zaczęłam w atawistycznym (cholera wie, dlaczego) strachu. Zabawką kota okazała się mysz. Na szczęście dla mnie (mniejsze dla niej) była już martwa, więc wzięłam ją przez worek foliowy i szybko eksmitowałam z domu. Oczywiście, przy widocznym niezadowoleniu kota, który jojczył, że takiej zabawki go pozbawiłam.

Potem zagrzebałam się głęboko w pościeli i zaczęłam analizować. Czy mysz mogła wleźć po ścianie na 1 piętro i się zabunkrować, gdy byliśmy na urlopie (okna zostawiliśmy uchylone.)? Czy może wlazła sobie w ciągu dnia, gdy balkon był otwarty, a my krążyliśmy po domu? Czy wlazła przed chwilą, żeby się ukryć przed burzą i wpadła pod przysłowiową rynnę? Czy była sama, czy z kompanią rodziny, która mi się umości w swetrach, albo w jakimś niedostępnym miejscu i będzie robić nocą wyprawy do kuchni po jedzenie? DS rano spróbował te wizje oswoić, mówiąc, że był to odosobniony przypadek i nigdy myszy nie wchodziły do tego domu, więc. Ale ja swoje wiem. A Aaron dostanie nagrodę. W końcu ochronił dziecia i nas przed strasznym losem Popiela.

sobota, 17 lipca 2010

Jest upał. W związku z tym daliśmy kredyt zaufania kotu i postanowiliśmy zostawiać jednak drzwi na balkon otwarte. Błąd. Jak zwykle, błąd.

Dziś koło południa dzieć sobie smacznie drzemał, my siedzieliśmy przed tv próbując się ochłodzić litrami płynów, a kot spoczywał pod stolikiem na balkonie. Ot, sielanka. I nagle usłyszeliśmy łubudubu, piski, ćwierkania ptaszków i jęk obudzonego dziecia. Ja pobiegłam na balkon, Duży Sierściuch do małej. Wybiegając z pokoju w drzwiach balkonu zdołałam dostrzec kota, co to zeskakiwał z barierki, wbiegał do domu i na mój widok wziął azymut na sypialnię, żeby się tam zabunkrować z mazurkiem*. Dorwałam drania obok łóżka, chwyciłam za szmaty i wyniosłam na powrót na balkon, intuicyjnie czując, że próby oswobodzenia ptaszka w domu mogą się skończyć jego demolką (znaczy się domu, a nie ptaszka). Na balkonie chwyciłam Aarona pod żuchwę i wbijając palce tam, gdzie się łączy górna i dolna szczęka, udało mi się otworzyć mu paszczę. Mazurek wyskoczył, kot próbował za nim, ale twardo trzymałam (przez co się oczywiście zadrapań nabawiłam), i dzięki temu po paru skokach udało się ptaszku odlecieć. Mam nadzieję, że poza strachem i utratą 5 piórek nic mu się nie stało.

I teraz tak. Zachodzę w głowę, jakie figury ekwilibrystyczne musiał odprawić Aaron, żeby sięgnąć z barierki (która sama w sobie jest przecież szerokości może 2 cm) do rachitycznej, wiotkiej gałęzi sosny, z tejże gałązki zerwać ptaszka i nie spierdolić się w dół, ale wrócić na balkon. DS powiedział potem kotu, że mu zaimponował. Mi też.

No a druga sprawa, to oczywiście nadszarpnięty wizerunek kota spolegliwego, co to zapomniał o szaleństwach i się wylegiwał na balkonie oszczędzając siły ze względu na panujący upał. No dupa - znów musimy wrócić chyba do  rytuału wypuszczania kota na balkon tylko z nami i zamykania drzwi, gdy z balkonu wychodzimy. Biorąc pod uwagę panujące temperatury, cieszy mnie to niezmiernie...

*Takie samo jak wróbelek, ino na policzkach ma brązowe placki.

wtorek, 08 czerwca 2010

Jakiś czas temu kupiliśmy dzieciu bujak w IKEA, co by sobie zmysł równowagi ćwiczyło i zabawę miało. Dzieć bujak sam wybrała, w sklepie z zachwytem wpatrując się w głęboką czerwień i testując na sobie przydatność zabawki. Od tego czasu bujak stoi dumnie na środku dywanu w jej pokoju, a mała od czasu do czasu zasiada na nim i każe się bujać.

Natomiast w czasie, gdy dzieć nie korzysta z bujaka, staje się on schronieniem kota, który upodobał sobie go na nową kryjówkę. Słów więcej nie trzeba - wystarczy popatrzeć na zdjęcie niżej.

podbujakiem

sobota, 05 września 2009

W lutym tego roku posiałam Aaronowi trawkę, co by się jej mógł nażreć i ulżyć żołądkowi, w którym, jak sądziłam, zalegała w dużych ilościach jego sierść. Kot trawę konsumował parę tygodni, ale rzygać nie chciał żadną miarą. Trochę mnie to martwiło, no bo przecież jego żołądek nie jest worem bez dna i też ma swoje granice wytrzymałości, ale filozoficznie stwierdziłam, że skoro nie pozbywa się sierści, to znaczy, że widać nie musi. I jak się okazało, wszystko ma swój czas i swoje miejsce.

Triumfalne, pierwsze opróżnienie kociego żołądka miało miejsce w nocy we wtorek, o czym się przekonałam rano wchodząc do łazienki. Bez okularów i szkieł kontaktowych nie miałam duzych szans. Efektownie wdepnęłam w sam środek, po czym szpetnie zaklnęłam i zabrałam się za sprzątanie. A potem się rozmarzyłam, że kot mądry i dobrze wychowany, bo przecież mógł narzygać na kanapę, nasze łóżko, na ciuchy w szafie i w tyle innych, atrakcyjnych miejsc, a on wybrał surowe kafelki w łazience, minimalizując straty materialne do zera. I tak oto wreszcie Aaron przeszedł inicjację. Ciekawe, co ile teraz będzie nas raczył podobnymi prezentami i czy zachowa się wówczas równie mądrze i dojrzale.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28