głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

Proza życia

piątek, 25 marca 2011

Choć od dawna nie pisałam i nie wiadomo, czy kiedyś znów coś napiszę, teraz chodzi o słuszną sprawę, więc się odzywam. Każdy z nas co roku ma możliwość pomóc innym przekazując na wybrany cel 1% z podatku. Jeden procent może wydawać się skromną kwotą, ale gdy zsumuje się te procenty od wielu osób, to sami wiecie. Pomagajcie więc.

Obrazek pobrałam od zuzanki, a swój 1% przekazałam znajomej chorującej na SM.

1procent

środa, 03 listopada 2010

15 listopada 2008 roku temu popełniłam tę notkę. Jako że już niemalże dwa lata minęły, z ciekawości i przekory jeszcze raz dziś przeszłam przez pytania testowe, żeby zobaczyć, czy nadal jestem jedynką ze skrzydłem 9, czyli Idealistką. Stety/niestety (bo uczucia mam mieszane) zmieniłam się z w czystą ósemkę, czyli Szefa. Poniżej opis nowej mnie , a ja się  teraz oddam refleksji, czy to wpływ miejsca pracy, czy może narodzin dziecka, czy po prostu ewoluuję w jeszcze bliżej nieznaną istotę. Trochę to scary prawdę mówiąc.

Ósemki odczuwają potrzebę bycia silnym by móc panować nad każdą okolicznością i każdym zdarzeniem. Mogą być skuteczni, opiekuńczy i zaangażowani w sprawę, lub też mogą być destrukcyjni, niepohamowani i sadystyczni. Ósemki, dziewiątki i jedynki tworzą kolejne emocjonalne trio, którego motorem jest agresja. O ile dwójki, trójki i czwórki mogą być niepewni tego kim są i co czują, piątki, szóstki i siódemki są niepewni co do swoich działań, to ósemki, dziewiątki i jedynki mają problem ze zrozumieniem abstrakcyjnych idei i nie potrafią głęboko myśleć. Ósemki odczuwają silną potrzebę niezależności i władzy nad tym co robią i nie tolerują sytuacji w której nie mogą w żaden sposób wpłynąć na jej przebieg. Odczuwają też potrzebę niezależności finansowej często ciężko na to pracując wszelkimi możliwymi sposobami. Odczuwając potrzebę bycia w stabilnej sytuacji (jedzenie, dom, pieniądze są dla nich kluczowymi sprawami) poszukują sposobów kontroli otoczenia. Czasem prowadzi to do uznawania wyższej wartości przedmiotów niż ludzi.

A poniżej parę instrukcji:

Jak postępować ze mną

  • umiej zadbać o siebie i o mnie
  • bądź silny i bezpośredni
  • nie plotkuj na mój temat i nie zawiedź mojego zaufania
  • bądź wrażliwy i dziel się swoimi uczuciami. Dostrzegaj i doceniaj moją wrażliwą stronę
  • doceniaj moje poświęcenie i mój wkład w sprawę, ale nie praw mi pochlebstw
  • często wyrażam się w sposób asertywny. Nie zakładaj, że jest to osobisty atak na Ciebie
  • gdy krzyczę i przeklinam, pamiętaj, że poprostu taka jestem

Co lubię w byciu ósemką

  • bycie zależnym tylko od siebie i pewnym własnych możliwości
  • umiejętność przejmowania kontroli i sprostywania wytyczonym celom
  • bycie odważnym, bezpośrednim i solidnym
  • bycie wspomagającym i ochraniającym tych, którzy są blisko mnie
  • czerpiącym z życia pełnymi garściami

Co jest trudne w byciu ósemką

  • przytłaczanie innych moją bezceremonialnością, odstraszanie ich gdy tego nie zamierzałem
  • bycie nerwowym i niecierpliwym z powodu braku kompetencji innych
  • nadstawianie karku za innych i nie bycie docenianym za to
  • nie zapominanie ran mi zadanych i niesprawiedliwości
  • denerwowanie się gdy ludzie nie trzymają się ustalonych zasad lub gdy sprawy nie idą po mojej myśli

I smaczek na koniec, który mnie niezmiernie rozbawił "Kobietę ósemkę jest znacznie trudniej rozpoznać niż mężczyznę, gdyż wiele zachowań typowych dla ósemki nie widuje się u kobiet."

Zuzanka wskazała na mnie palcem, wypominając, że od sierpnia nic nie napisałam. Próbowałam wytłumaczyć, że ostatnimi czasy bardziej chce mi się czytać niż pisać i że literacki polot, jeśli jakikolwiek był, postanowił gdzieś odlecieć, ale była nieugięta. No to spróbuję wypisać te 10 rzeczy, które lubię, choć ciężko będzie, bo obecnie ze względu na natłok obowiązków i pogodę za oknem to więcej i bardziej nie lubię niż lubię. Kolejność przypadkowa, choć przypuszczam, że pierwsze typy to te bardziej w głowie siedzące z powodu tęsknoty za, niż łatwo dostępne i przez to spowszedniałe.

1. Samotność - To mój taki wewnętrzny paradoks i schizofrenia. Choć jestem ekstrawertyczką i raczej nie mam problemu z przebywaniem wśród ludzi i wchodzeniem w tzw. interakcje, zdecydowanie wolę być sama. Niestety, od dłuższego czasu jest to dla mnie nieosiągalny luksus, bo jak nie ludzie w pracy, to w domu Duży Sierściuch i/lub dzieć, a spędzanie od czasu do czasu  samotnego wieczoru, gdy już położę ją spać, a DS jest akurat na drugą zmianę w pracy, to jedynie namiastka prawdziwej samotności. Bo samotność dla mnie to nie tylko brak ludzi obok, ale również stuprocentowa decyzyjność, co w danym momencie zrobię. A przecież przy śpiącym dzieciu nie postanowię sobie pojechać na wieczorny seans do kina.

2. Jazda samochodem - Bardzo lubię jeździć samochodem. Co ważne, lubię jeździć sama, w sensie nie tylko jako kierowca, ale również jako jedyna osoba w aucie. Oczywiście, ma to związek z punktem pierwszym, bo jazda samochodem daje mi właśnie chwilę oddechu i czas tylko dla siebie. Z tego powodu niemalże czasami żałuję, że droga do i z pracy zabiera mi tylko 15 min., i całkiem lubię stać w korkach (o ile oczywiście nie śpieszę się na umówione spotkanie). Druga sprawa to poczucie wolności (ależ stereotypowe). Uwielbiam po prostu jechać przed siebie, swoim rytmem, czasem wolno, czasem szybko. Z rozrzewnieniem wspominam czas spędzony na stypendium w Berlinie, kiedy to co miesiąc przyjeżdżałam na weekend do Poznania do DS. Cztery godziny w samochodzie, postój kiedy sobie tylko zamarzyłam, wyjazd o 4 rano na kompletnie pustą drogę. To se ne wrati.

3. Palenie papierosów - Mój jedyny, jak na razie niezwalczalny nałóg, choć traktuję go często jako jedyną prawdziwą przyjemność w życiu. Alkohol mnie nie ciągnie i rzadko go pijam, a na używki nielegalne jestem zbyt odporna i psychicznie i fizycznie, więc nici z przyjemności. Uzależniona niestety jestem psychicznie (stąd ta przyjemność), bo gdy okoliczności typu choroba, ciąża, karmienie, czy towarzystwo ludzi nieznoszących dymu tego wymaga, mogę nie palić i to długo. W związku z tym choć wiem, że kiedyś będę musiała odmówić sobie tej przyjemności, a nie pomogą mi żadne gumy czy plastry, a jedynie silna wola i żelazne postanowienie, że już koniec i basta. O to jednak na razie trudno.

4. Kolor szary - Z rozsądku dawkuję go sobie i w ubiorze i w życiu codziennym, ale gdyby to tylko ode mnie zależało, to pewnie i cała garderoba i cały dom byłyby właśnie szare.

5. Zwierzęta - Wiem. Cliché. Ale nic nie poradzę. Uwielbiam patrzeć na zwierzęta, oglądać ich zachowania, chłonąć wygląd. Lubię je za ich czarno-biały świat bez podtekstów i niedomówień, a jednocześnie lubię być zaskakiwana przez ich nietypowe zachowania, implikujące domniemanie, że jednak są czymś więcej niż tylko zwierzętami (o ile oczywiście ktoś mi poda definicję, co to znaczy "być tylko zwierzęciem"). Miałam psa, pająki, papugę. Teraz mam kota, którego uwielbiam i szczerze boleję, że nie poświęcam mu tyle czasu, na ile zasługuje. Żywię nadzieję, że kiedyś dorobię się domu i będę mogła mieć zwierząt więcej. Na razie za to pielęgnuję w dzieciu miłość do nich i poszanowanie dla ich zachowania i zwyczajów.

6. Ludzie z pasją i talentami - Szczerze podziwiam, acz nie zazdroszczę, wychodząc z założenia, że mnie raczej żadnego daru tak na serio nie przyznano i pozostaje się z tym pogodzić. Niemniej jednak lubię patrzeć, jak z zaaferowaniem opowiadają o tym, co ich porywa, jak oddają się pasji tworzenia, czy jak zwykłe przedmioty i materie zamienają w unikalne cuda. Czuję się wówczas lepiej i uśmiecham się do siebie, znajdując w tej obserwacji również dla siebie jakieś spełnienie.

7. Precyzja - W każdym tego słowa znaczeniu. Lubię dokładność podczas każdego rodzaju tworzenia, naprawiania, kopiowania, projektowania, pisania, opowiadania, sprzątania, gotowania, myślenia, mówienia i długo by jeszcze wymieniać. Zamiłowanie do precyzji wpoił mi ojciec, ucząc, że wszystko musi być wykonane idealnie, bez miejsca na niedoróbki czy błędy. Jest to też trochę moje przekleństwo, bo wymagam tego od innych. Często obrywało się DS, a to że blat do kuchni o 2 minimetry krzywo przycięty, że obraz wisi 1 minimetr za bardzo w lewo, że przy malowaniu jeden kawałek warstwy jest bardziej niż drugi. Strasznie mnie to irytuje.

8. Herbata - Nie uważam się za wielkiego konesera czy znawcę, ale uwielbiam zaparzyć sobie w imbryku dobrej herbaty i pić ją powoli, delektując się nowoodkrywanymi połączeniami smaków. W zasadzie mogę przetrwać bez jakichkolwiek innych napojów, ale herbatę muszę mieć.

9. Słowa - I wszystko co z nimi związane. Słowotwórstwo, nieoczywiste związki, etymologię, inteligentne gry słowne, tłumaczenia i brzmienie. Ludzi potrafiących pięknie mówić, pisać i bawić się słowem jest tak niewielu, że chłonę ich twórczość do bólu, żałując że odchodzą w zapomnienie. Kabaret starszych panów, przekłady L. Carolla Macieja Słomczyńskiego, T. Beksińskiego, S. Barańczaka, zabawa słowem E.E. Cummingsa, twórczość Ezry Pounda*. Brak mi słów i miejsca na dalsze wymienianie niedościgłych wzorów.

10. Dzieć - Tak. Zapewne również cliché, ale musiałam ją tu wymienić. Wiadomo, dziecko się kocha, uwielbia, to jedno jest najwspanialsze, najmądrzejsze i w ogóle. Ale. Poza tą matczyną, bezkresną miłością jest również miejsce na lubienie. Lubię patrzeć, jak z dnia na dzień staje się coraz mądrzejszym małym człowieczkiem, jak delikatnie potrafi obchodzić się z kotem, jak okazuje nam swoją bezwarunkową miłość, jak próbuje się buntować przeciwko regułom, jak zdobywa nowe skille, i lubię miliony innych rzeczy z nią związanych.

A żeby zakończyć wbrew regułom sztuki łańcuszkowej, nie wskażę następnych osób, którym powinnam przekazać pałeczkę, z tej prostej przyczyny, że czytuję tylko kilka blogów, a ich właściciele albo nie są świadomi mojego istnienia i tego bloga, albo już przez inne osoby zostali namaszczeni do popełnienia notki "Lubię to".

 

*Muszę tu zacytować, bo to mój najbardziej, najmocniej ulubiony wiersz:

Erat Hora

‘Thank you, whatever comes.' And then she turned
And, as the ray of sun on hanging flowers
Fades when the wind hath lifted them aside,
Went swiftly from me. Nay, whatever comes
One hour was sunlit and the most high gods
May not make boast of any better thing
Than to have watched that hour as it passed.

piątek, 07 maja 2010

Osiem miesięcy bez pisania to rzeczywiście długo. Sama nie wiem, jakim cudem tak szybko ten czas zleciał. Pewnie przez prozę życia, czyli dziecia, pracę, dom i brak czasu dla siebie. Przeglądam sobie od czasu do czasu tego bloga, przy niektórych wpisach uśmiecham się do siebie z nostalgią i zastanawiam, czy jestem w stanie streścić jakoś sensownie te miesiące milczenia. Może więc znowu w punktach, a ta notka zmobilizuje mnie do skutecznego  reanimowania bloga.

1. Dzieć

Dwa tygodnie temu skończyła już 14 miesięcy.  Można rzec, że z miesiąca na miesiąc coraz lepiej przystosowywaliśmy się do nowej sytuacji. O ile początki były trudne, o tyle z każdym zakończonym tygodniem coraz łatwiej udawało nam się zrozumieć, o co jej chodzi i jak reagować na różne sytuacje. Teraz mamy już ten czas, gdy możemy się tylko zachwycać dzieciem, jej rozwojem, bystrością i urodą. Nie sprawia praktycznie żadnych problemów, je wszystko, zasypia grzecznie sama, rozumie wszystko, co się do niej mówi (choć nie zawsze się z tym zgadza...), chłonie nowości jak gąbka, wciąż się śmieje i uczy nas, jak cieszyć się życiem i chwilą obecną. Obserwowanie jej sprawia nam niesamowitą przyjemność i poniekąd cieszę się, że pierwsze miesiące i ciężkiego baby bluesa przykryła mgła zapomnienia. Czasami patrzę z niedowierzaniem na jej zdjęcia sprzed roku i zdumiewa mnie, jak ten mały człowieczek szybko się zmienia i rośnie. Staram się dokumentować zdjęciami, ile tylko się da, i snuję plany na przyszłość, co dla niej zrobię, czym ją obdaruję i jak będziemy wspólnie poznawać świat. Dla niej chcę wrócić do moich badań genealogicznych, żeby odtworzyć jej dzieje naszej rodziny, bo gdy patrzę na nią i zdjęcia moich praprapradziadków w paszportach z zaboru ruskiego, to czuję tę ciągłość życia i wpadając w patetyczny ton widzę sens istnienia. Ale poza momentami takiego budyniu zarezerwowanymi tylko dla niej nadal jestem cyniczna, gruboskórna i sceptycznie podchodzę do rzeczywistości. Z pewnością nie żyję tylko dla dziecia, jej pojawienie się raczej uzupełniło mój świat i czasem tęsknię za dniem w samotności, ale wiadomo - priorytety się zmieniają i powoli przyzwyczajam się do faktu, że milion spraw będzie leżało jeszcze długo odłogiem, bo jest dzieć.

2. Kot

Okazał się być idealnym kotem dla rodziny z małym dzieckiem. Cierpliwie znosił jej początkowe zaczepki, gdy nie potrafiła jeszcze delikatnie go dotknąć i wyrywała mu całe kępki sierści. Może ze trzy razy podniósł na nią ostrzegawczo łapę, ale zawsze ze schowanymi pazurami i nigdy jej nie pacnął. Gdy stawała się zbyt namolna czy brutalna, zawsze rejterował do drugiego pokoju i nie okazywał żadnej agresji. Z czasem oswajał się z nią coraz bardziej,  a dziś panuje między nimi stuprocentowa komitywa. Czasem chodzą razem po domu, a dzieć trzyma rękę na jego grzbiecie. Czasem, gdy Aaron śpi na naszym łóżku, dzieć potrafi przyjść, wgramolić się i przytulić głowę do jego futra. Czasem sama nieporadnie naciąga sznurek w jego myszach zabawkach i próbuje mu rzucić i w ten sposób zachęcić go do zabawy. Czasem z szacunkiem i uwielbieniem dotyka delikatnie jego uszu, łap i ogona i każe mi po tysiąc razy potwarzać te wyrazy, żeby utrwalić sobie w głowie. A Aaron, gdy wracamy z nią do domu, zawsze podchodzi do niej, obwąchuje badawczo jej włosy i twarz, dotyka nosem nos i odchodzi spokojny, że wszystko jest tak jak powinno być. Oczywiście bywa i mniej sielankowo. Czasem kot wpada do niej do pokoju z łomotem wieczorem, akurat wtedy, gdy zasypia, czasem urządza w nocy koncert jojczenia i budzi ją, a czasem ostentacyjnie olewa ją i jej próby interakcji. Ale dzieć też nie jest mu dłużna i potrafi czasem specjalnie podejść do niego, gdy śpi, i zawyć radośnie wysokie C, żeby z ukontentowaniem ogladać jego przerażoną minę i ucieczkę jak najdalej od źródła hałasu. A czasem gdy widzi, że Aaron robi to, za co ja go  zazwyczaj ochrzaniam, biegnie po mnie i paluszkiem na niego wskazując, skarży na niego w swoim własnym języku.

No, na dzisiaj wystarczy, bo po tak długim okresie przerwy ciężko się zbiera myśli i z trudem kleci zdania. Może niebawem i zdjęcia Aarona się pojawią, jeśli tylko znajdę w miarę aktualne, albo mu zrobię nowe.

piątek, 03 lipca 2009

Pamiętacie ten wpis? Mogę wreszcie napisać, że udało mi się, choć nie do końca po mojej myśli, zakończyć sprawę. Nie do końca po mojej myśli, jako że firma ubezpieczeniowa, która miała wypłacić mi odszkodowanie z OC sprawcy bardzo mnie zawiodła [tak, to oczywiście eufemizm]. Ale po kolei.

Mając orzeczenie o winie i nr polisy sprawcy zadzwoniłam do ubezpieczyciela i poprosiłam o należące mi się pieniądze. Szybko na parkingu, gdzie stał wrak, pojawił się rzeczoznawca, obfotografował zwłoki i wysłał informacje na temat stanu pojazdu do ubezpieczyciela. I równie szybko, bo już po tygodniu, miałam pierwszą wycenę. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało idealnie. Samochód wyceniono na 19100, ubezpieczyciel miał wypłacić 10300, a pozostałe 8800 zaofiarował nabywca z aukcji internetowej. Bo trzeba wam wiedzieć, że ubezpieczyciele wystawiają wraki na swego rodzaju aukcjach, do których dostęp mają przeróżne warsztaty samochodowe, dealerzy itp. (płacąc oczywiście za ten dostęp), i w ten sposób pozbywają się kłopotu (tj. wypłacają z własnej kieszeni mniejsze odszkodowanie). Skontaktowałam się zatem z nabywcą, który przelał mi pieniądze i następnie przyjechał z lawetą z drugiego końca Polski. I tu pierwszy zonk. Ubezpieczyciel na owej aukcji najwidoczniej nie podał faktycznego stanu auta, bo nabywca, gdy go zobaczył, złapał się za głowę i powiedział, że czegoś takiego to on nie kupował. I zażądał zwrotu pieniędzy. Potem się zrobiło nieprzyjemnie, bo to była sobota i bank zamknięty, więc nie miałam jak wypłacić kasy, nabywca zaczął nam imputować, że chcemy go okraść i w końcu ustąpił, gdy dostał potwierdzenie z internetu, że przelałam mu z powrotem pieniądze na konto. Smaczku temu epizodowi dodaje zaś fakt, że w wycenie ubezpieczyciel napisał, że zwycięzca z aukcji jest ZOBOWIĄZANY zakupić auto, podczas gdy tak naprawdę, to nikt nie może go do tego zmusić. Nieco zatem wściekła zadzwoniłam do ubezpieczyciela z pytaniem, co on na to i że ja bardzo sobie nie życzę, żeby obce osoby zarzucały mi, że jestem oszustka i złodziejka, bo to nie ja wystawiałam auto na aukcję. Ubezpieczyciel nie przeprosił za całe to zamieszanie, za to przesłał następną wycenę. I ta już tak przyjemna nie była. Na drugiej aukcji bowiem nie znalazł się nikt skłonny zakupić pozostałości mojego auta, więc ubezpieczyciel oparł się na podanym przez rzeczoznawcę współczyniku zbywalności (WTF?), który wyniósł 5800, i w związku z tym uznał, że może mi wypłacić li i jedynie 13100. Bo wg nich auto jest warte po wypadku 5800 i ja sobie bez problemu za tyle powinnam je sprzedać.*Jakiekolwiek próby negocjacji nie miały oczywiście sensu, ubezpieczyciel się zaparł i kazał się cieszyć tym, co daje. No to Duży Sierściuch zaczął szukać po stacjach złomujących auta, kto by był chętny kupić mój wrak i dał przy okazji najwięcej. Jak się okazało, najwięcej to było 2500, bo i stacja chciała na tym zarobić, wymontowując, co tylko zdatne do użytku, i sprzedając w swoim sklepie z częściami używanymi. W ten oto sposób wypadek kosztował mnie 3300, co było o tyle niekorzystne, że miałam o tyle mniej pieniędzy na kupno następnego auta, a dodatkowo spłacałam kredyt na auto, którego nie posiadałam już.

Ale jako że, jak kiedyś już pisałam, urodziłam się w czepku, dodatkowe pieniądze się znalazły i koniec końców wyszłam na tym całkiem dobrze. Tydzień temu mniej więcej sprawiłam sobie po miesiącach poszukiwań następne auto - Lancię Lybrę Kombi. Uznałam, że skoro DS ma bajerancki samochód, to ja nie chcę być gorsza, a jako że szukaliśmy kombi, co by się wózek dziecia zmieścił (wot, proza życia...), to już od początku miałam wybór nieco zawężony. Auto piękne, zrywne, oszczędne, ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami dla kierowcy i co ważne, niewypadkowe i sprawne w 100%. Teraz mam tylko nadzieję, że zła passa się już skończyła i samochód starczy mi na dłużej. I dla zainteresowanych, a laików: tak oto wygląda rzeczona Lancia.

*No chyba jedynie pracowicie przez pół roku wymontowując poszczególne elementy silnika i nadwozia i sprzedając na Allegro.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7