głównie o kocie, co znalazł dom, a jak mnie najdzie, to i o czymś innym ...

Kategorie: Wszystkie | Był sobie kot | Podróże małe i duże | Proza życia | Łyse konie
RSS

Podróże małe i duże

sobota, 03 stycznia 2009

Zachciało mi się gdzieś pojechać na krótki spacer. Zachciało, bo zima chwyciła, więc miałam nadzieję parę zdjęć gdzieś urokliwych zrobić. Duży Sierściuch w niejakim szoku, bo ja się z domu nie ruszam bez powodu, jeśli temperatura spada poniżej 0 stopni, zaproponował Skrzynki, gdzie miał się znajdować dworek. Chętnie przystałam, bo ja dworki lubię, więc sobie na krótki wypad pojechaliśmy. Dworek w oprawie zimowej bardzo się ładnie prezentował, a na wejściu przywitał nas smoliście czarny i niemożebnie gadatliwy kocur. Polazł z nami na spacer i cały czas nadawał po swojemu, jaka to pogoda jest okropna - koniec końców wylądował przy głównym wejściu do dworku i zaczął domagać się wpuszczenia. Mam nadzieję, że jakaś dobra dusza to zrobiła, bo my do środka już nie wchodziliśmy (w środku hotel, ale bez restauracji dla przejezdnych, więc nie było po co). A swoją drogą, się mu wcale nie dziwię, ja po 30 minutach byłam zziębnięta straszliwie i marzyłam o powrocie do domu...

Skrzynki

Behemot

szyszka

niedziela, 21 grudnia 2008

Żesz nam się zachciało jakiś czas temu pokazać rodzicom Dużego Sierściucha, dokąd zawsze jeździmy na zakupy do Berlina. Ponieważ trauma zostanie mi pewnie na całe życie, dopiero teraz mam siły o tym napisać. A wszystko się zapowiadało tak wspaniale...

Plan był, że wyjeżdżamy o 6.30 jedziemy do B5 (obadać ciuchy i dodatki), a potem do A10 (Douglas i Real) i wracamy do domu - przewidywany czas powrotu to 18, tak żeby można było jeszcze mieć coś z tego dnia. Nie zatrzymujemy się bez sensu po drodze, nie marudzimy nad buk wie czym i jedziemy z gotową listą zakupów (po to, czego u nas nie ma, oraz to, co u nas droższe). Zderzenie z rzeczywistością wyglądało tak:

1. Teście zajeżdżają o 6.00, gdy jesteśmy jeszcze w rozsypce, więc naprędce coś połykam i robię im kawę, bo oni zawsze chętnie. Wyjeżdżamy planowo o 6.30 i zamiast ruszyć prosto na Berlin zbaczamy 30 km do siostry DS, bo teściowa ma dla niej jakieś mrożonki - pierwszy wkurw i 40 min w plecy.

2. W czasie drogi słyszę średnio co 15 min któreś z poniższych zdań:

- Może chcesz pierniczka?

- A może kanapkę?

- A jabłko?

- Chcesz kawy?

- Bezkofeinową też mam..."

- Jeśli chcesz, to mam też herbatę." 

A pomiędzy nimi ciągły monolog każdego z teściów na dowolnie wybrany temat, zmieniany co 5 min, głosem co najmniej donośnym (a w przypadku tesciowej i piskliwym), bo przecież trzeba przekrzyczeć drugiego monologanta....Po 50 km zaczynam odczuwać zmęczenie i żałuję, że nie mam zatyczek do uszu.

3. W B5 proponuję się rozdzielić i ustalić czas spotkania za np. 1h, ale pomysł upada. W rezultacie teście wloką się za nami do pierwszego, drugiego i trzeciego sklepu, gdy wreszcie DS stwierdza, że to jednak nie ma sensu i on idzie do swojego upatrzonego. No to ja też wkurzona odwracam się na pięcie i idę do swoich upatrzonych. Efekt? Po 45 min znalazłam teścia i DS, ale nikt nie wiedział, gdzie jest teściowa i czekaliśmy na nią następne 40 min... 

4. Na parkingu B5 teście postanawiają coś skonsumować. Jako że wyjeżdżali wcześnie rano (do nas mają 100 km), teściowa nakroiła chleba i wzięła po prostu pojemniki z serem i wędliną. I teraz sobie tworzą kanapki, a ja dostaję mdłości na zapach rozsnuwający się po samochodzie (gwoli wyjaśnienia: my z DS nigdy nie robimy kanapek, tylko tak planujemy czas, żeby zostało na wizytę w jakiejś minirestauracji czy czymś podobnym w miejscu docelowym) i opatruję spodnie DS, bo oczywiście z pojemnika z wędliną wylał mu się na nie cały ten sok z szynki czy coś.

5. Dojeżdżamy do A10. Choć najpierw mieliśmy przejść się po centrum, a na końcu iść do Reala (spożywka waży i po takich zakupach człowiek jest nieco zmęczony), to najpierw idziemy do niego, bo teście nie wiedzą, ile w nim wydadzą pieniędzy i ile im zostanie na inne rzeczy. DS i ja w 30 min zapełniamy koszyk tym, czym chcemy i dzwonimy do teściów z pytaniem, gdzie są. Teście są przy chemii - jak się okazuje, przez te 30 min zdążyli wybrać toster (potem się okazało, że na Allegro jest 50 zł tańszy...) i teraz debatują nad proszkiem do zmywarki.  Następna godzina upływa na krążeniu między regałami i pytaniach typu: Gdzie jest alkohol?; Chciałam jeszcze czekoladę dla dziewczynek (znaczy się siostrzenic DS) kupić.; A kakao to gdzie?, Możemy się wrócić jeszcze po brytfannę? itd. Czyli 1 h w plecy. Jest mi gorąco, słabo, jestem zmęczona, a wkurw przybiera rozmiary tajfunu.

6. Wychodząc z Reala chwalę jak buk przykazał pokazywany mi przez teściową toster i przypadkiem zdradzam, że ten, który DS wziął od mamy, się skończył i teraz jedziemy na tosterze od moich rodziców. Efekt: zostajemy zawróceni do Reala z prikazem, żeby wziąć sobie ten toster, co ona, i wówczas teściowa będzie miała z głowy prezent dla mnie. Całe szczęście, że toster metalowy i taki jak lubimy, ale następne 30 min w plecy...

7. Dajemy sobie jeszcze 30 min na przejście przez centrum - ja naprędce kupuję sobie torbę i szukam z DS choćby jakiegoś fastfoodu, bo od 6 rano jestem na serku grani, kinder bueno i 1/2litrowej cocacoli. DS kręci nosem na dostępne menu, więc koniec końców wychodzimy nie zjadłszy nic. Powoli zaczynam się słaniać na nogach, więc przyjmuję ze łzami wściekłości w oczach (bo nie tak sobie wyobrażałam główny posiłek dnia) kanapkę skomponowaną przez teściową.

8. Koło 16 wyruszamy z powrotem. Przez całą drogę patrz punkt 2 - zaczyna mnie boleć głowa, przypominam sobie, że milczenie jest złotem,  biorą mnie mdłości z głodu, ale konsekwentnie odrzuca mnie od wiktuałów teściowej. Efekt: cierpię w milczeniu, ukradkiem (i tak jest ciemno, więc nie widać) ocierając łzy bezsilności (bo przecież nie wyrzucę ich na jakimś zakręcie...) i modląc się o szybki powrót do domu. 

9. Po przekroczeniu granicy Polski oczywiście dopadają nas nasze kochane realia drogowe. Przed miejscowością Torzym oraz Pniewami nagle na środku drogi korek. Siedzimy w obydwu po 1 h, a potem nagle w cudowny sposób droga staje się przejezdna. I nie ma śladu wypadku, stłuczki czy czegokolwiek, co by te korki usprawiedliwiało. Wkurw narasta dalej, o ile jest to jeszcze w ogóle możliwe.

10. Po dojeździe do Pniew żądam stanowczo, żeby się zatrzymać przy McDonaldzie, to chociaż się bułą i frytkami zapcham, zanim zemdleję z głodu. Zatrzymujemy się i wkraczam wściekła do środka. A tam wypakowany autokar wrzeszczących gimnazjalistów oraz drugi jakichś młodzików grających w piłkę ręczną. Dojście do łazienki i zamówienie buły zajmuje następne 40 min, ale ponieważ słaniam się na nogach, stwierdzam, że teraz to już mam w dupie czas i reszta towarzystwa musi się do mnie dostosować.

11. W drodze z Pniew do Poznania teściowa nieświadoma napięcia panującego w samochodzie, stwierdza, że Havvka pewnie zmęczona, bo milczy. DS nie wytrzymuje i syczy, że Havvah nie jest zmęczona tylko wkurwiona i nienawidzi, gdy się zdrabnia jej imię. Zapada błoga cisza. 

12. Na klatę musimy przyjąć jeszcze fakt, że ponownie zbaczamy z trasy 30 km po bezdrożach do siostry DS, bo teściowa obiecała dziewczynkom, że przywiezie im z Berlina Mikołaja. DS idzie skorzystać z toalety, a ja zostaję w samochodzie i korzystam z okazji, żeby zadzwonić do mojej mamy (bo się zawsze boi, gdy gdzieś dalej jadę i każe dzwonić, że się cało i zdrowo dojechało/wróciło) i trochę się jej wyżalić. Potem zapadam w letarg w aucie - jest ciemno, panuje błoga cisza i słyszę tylko krople deszczu na dachu. Sielanka trwa 15 min i ruszamy dalej.

13.  W domu lądujemy o 21 z minutami - Aaron przeraźliwie miauczy i opierdala nas za szlajanie się po obcych landach, DS nosi siaty, a ja staram się udobruchać kota i rozmieścić zakupy po kuchni. Zwyczajowy fun z rozpakowywania i natychmiastowej degustacji szlag trafił 500 km temu, więc wszystko wrzucam szybko do szafek i lodówki, a potem idę odstresować się pod prysznicem.

14. Kolo 23 zasiadamy z DS skołowani na kanapie i gapimy się jak zombie w tv, żeby tylko zeszły z nas zmęczenie i stres, bo inaczej nie będziemy w stanie zasnąć. Kot szczęśliwy, że wszyscy są w domu zapada obok nas w drzemkę na drapaku. Kurtyna.

niedziela, 19 października 2008

W sobotę naszło nas, że to może być ostatni już w miarę słoneczny weekend i należy go w związku z tym porządnie scelebrować w ogrodzie botanicznym. Nieco chłodno było, ale feria kolorów i kot obojętnie przechodzący mimo wynagrodzili nam wszystko. Skutki poniżej plus na Picasie.

botanik1

botanik2

botanikkitty

wtorek, 15 lipca 2008

Po wloskiej kuchni, mając w pamięci grecką, wiele sobie obiecywaliśmy. Mogę stwierdzić, że w zasadzie nie zawiedliśmy się i niemalże codziennie byliśmy świadkami kolejnych cudów kucharskich, ale nie ma róży bez kolców...

W naszym hoteliku mieliśmy wykupiony pokój wraz ze śniadaniem oraz opcjonalnie za 10 Eu od łebka mogliśmy zapisać się na obiadokolację. I właśnie te śniadania to włoska pięta Achillesa. Ja rozumiem, że śniadania były robione pod Włochów, którzy stanowili 90 % gości hotelowych i z zasady nie przywiązują uwagi do porannego posiłku, ale żeby przez cały tydzień mieć wciąż to samo na stole, to stanowcza przesada. Przede wszystkim pieczywo - białe bułki, tosty, rogaliki francuskie oraz kilka rodzajów ciast i ciasteczek. Do tego 5 rodzajów dżemów, miód, nutella, płatki śniadaniowe i inne słodkości po dwóch dniach wykręcające twarz w grymasie obrzydzenia. Z innych produktów był jeden gatunek żółtego sera oraz dwie wędliny, przez cały tydzień takie same. Były również jogurty, które w porównaniu z polskimi stanowiły niestety mdłą papkę z barwnikami i sztucznymi dodatkami smakowymi. Rzeczą dla mnie natomiast najgorszą był brak jakichkolwiek warzyw. Żadnego pomidorka, ogórka czy czegokolwiek innego dla poprawy smaku. Tak, śniadania stanowczo nas nie zachwyciły, więc z prawdziwą rozkoszą w drodze powrotnej w Norymberdze udałam się na porządne niemieckie śniadanie, gdzie rodzaje serów i wędlin liczyło się w tuzinach, a ilość pieczywa ciemnego była wprost proporcjonalna do ilości pieczywa jasnego. Tak jak zazwyczaj kuchni niemieckiej mogę dużo zarzucić (np. w Gasthofie w Bayreuth główną pozycją w menu były oczywiście grillowane białe kiełbaski z kapustą - fuj), tak śniadania hotelowe mają pierwszej klasy.

Wracając jednak do Włoch i gastronomicznego edenu. Ponieważ hotel nasz znajdował się parę kilometrów od historycznego portu i rozlicznych restauracyjek, postanowiliśmy przez większość dni iść na łatwiznę i stołować się na miejscu w hotelu. I był to strzał w dziesiątkę. O ile bowiem śniadania były w nim do bani, o tyle obiadokolacje były majstersztykiem włoskiej kuchni. Rozpocząć opis oczywiście trzeba od przystawek czekających na gości na ogromnym stole. Obok rozlicznych warzyw surowych, marynowanych karczochów i tuńczyka, z których można było sobie komponować pyszne sałatki, podawane były np. pomidory lub bakłażany zapiekane z czosnkiem pod parmezanem oraz frytki, któym muszę poświęcić osobne zdanie. Frytki były wytwarzane na miejscu ze świeżych ziemniaków, usmażone w oliwie z oliwek a nie na podłym oleju, leżały na pergaminie, który usuwał z nich nadmiar tłuszczu i były najlepszymi frytkami jakie w życiu jadłam. Po przystawkach przychodził czas na pierwsze i drugie danie wybierane codziennie spośród czterech propozycji. Danie pierwsze to oczywiście wariacja na temat makaronu. Z ręką na sercu polecam makaron strozzapreti z sosem bolońskim, który we Włoszech jest istnym musem pomidorowym z ziołami i stoi o 10 klas wyżej niż nasze torebkowe popłuczyny, oraz cannelloni zapieczone z ricottą i odrobiną oliwy z oliwek. Dania proste, ale właśnie w tej prostocie genialne. No i jeszcze trzeba wspomnieć o risotto z owocami morza w sosie śmietankowym. Danie główne natomiast to mięsiwa, ryby i inne owoce morza. Jako że mięsa mamy u nas pod dostatkiem, wraz z Dużym Sierściuchem w większości przypadków decydowaliśmy się na produkty z morza. Zwykła ryba podlana dobrą oliwą i zgrillowana z rozmarynem stanowiła niewyobrażalną ucztę. A do tego dochodziły np. szaszłyki z krewetek oraz gotowane małże, w jedzeniu których największą frajdą poza smakiem była możliwość wydłubywania ich z muszli za pomocą rąk.* No i oczywiście na deser owoce: melony, nektarynki, śliwki, morele, figi, w smaku których wyczuć było można, że dojrzewały w słońcu a nie w chłodniach. Oczywiście przez cały obiad na każdym stole stał obowiązkowo starty parmezan. 

Takie kolacje trwały mniej więcej godzinę, a potem wraz z Włochami przenosiliśmy się na przyhotelowy taras, gdzie do północy sączyło się drinki, koktajle, delektowało różnymi rodzajami kaw i uprawiało towarzyskie pogawędki. Żyć nie umierać.

*Bo trzeba przyznać, że Włosi sztućców używają sporadycznie i gdy tylko mogą przerzucają się na jedzenie rękoma. Ale wiadomo - to większa frajda i niektórym potrawom wręcz dodaje smaku. 

poniedziałek, 14 lipca 2008

Na wakacje pojechaliśmy sobie do Cesenatico, małej, acz niestety bogatej w turystów mieściny nad Adriatykiem. Jako że jechaliśmy samochodem, podróż rozłożyliśmy na dwa dni, bo było, nie było, to niemalże 1500 km. W drodze do Włoch spaliśmy zatem w Bayreuth, a w drodze powrotnej w Norymberdze. I tyle faktów. A teraz pora na moje subiektywne spojrzenie.

Po pierwsze, zawsze nieswojo się czuję w aucie jako pasażer. Brak możliwości kontroli tego, co się dzieje wokół mnie, i poczucie bezradności w przypadku ewentualnych problemów nieco mnie stresują. Do tego dochodzi mój lęk wysokości oraz wybujała wyobraźnia. Jako zwierzę nizinne mogę zwiedzać góry tylko pieszo (nad nogami na szczęście mam jeszcze kontrolę), natomiast przejazd w metalowej puszce zawsze kończy się histerią przez duże H podsycaną przez wspomnianą wyobraźnię, która podsuwa mi obrazy nas w palącym się aucie 300 m poniżej, na dnie zbocza, tudzież pędzącej na nas na zakręcie serpentyny ciężarówki bez hamulców itp. itd.

W związku zatem z powżyszym podróż była nieco stresująca, bo dwa razy przeprawialiśmy się przez Alpy oraz na miejscu przejechaliśmy przez Apeniny w drodze do Cesenatico z Florencji. Najkoszmarniejsze były przejazdy górskie we Włoszech. Ich autostrady z dwoma wąskimi pasami, setki tuneli (wyobraźnia przypomina w tym momencie o wszystkich możliwych scenariuszach wypadków, które kończą się spłonięciem żywcem w tunelu), długie mosty opierające się o zbocza gór oraz kierowcy, którzy jadą, jak im się żywnie podoba, jakoś nie nastrajały optymistycznie. Natomiast przeprawa przez Apeniny to już była czysta ruletka - wąska jednojezdniowa droga, wijąca się serpentynami w górę i w dół, a ja jedynie mogłam, patrząc na nawigację, cichutko jęczeć "Następny ostry zakręt 180 stopni w lewo". Dodatkową natomiast atrakcję zafundowała mi nawigacja w drodze do domu, gdy już dotarliśmy do Austrii. Ja byłam właśnie w połowie Histerii, gdy radośnie nam oznajmiła, że ze względu na warunki na drodze (dostała info, że są roboty drogowe) wyznaczy nam nową trasę. I wyznaczyła. A ponieważ w naszą stronę była tylko ta jedna autostrada z robotami drogowymi, zaproponowała przejazd przełęczą przez Garmisch-Partenkirchen. Na moje nerwy to już było za dużo. Wydarłam się na nią, że głupia jest, a Dużemu Sierściuchowi zapowiedziałam, żeby nie ważył się zjeżdzać z autostrady, bo ja wolę spędzić 10 h w korku niż jechać przez jeszcze wyższe góry. Na szczęście DS mnie posłuchał, a przy robotach drogowych nie było żadnych korków.

Każdy zatem etap podróży przez tereny górskie kończył się dla mnie wycieńczeniem psychicznym oraz fizycznym, jako że w aucie siedziałam napinając wszystkie mięśnie. Prawą ręką wisiałam na uchwycie nad drzwiami, lewą zapierałam się o siedzenie lub podłokietnik, natomiast obydwie nogi wciskałam w miejsce wyimaginowanego hamulca. Ze smutkiem zatem stwierdzam, że albo zacznę w czasie podróży raczyć się relanium, albo będę swoje wakacje musiała ograniczać do coraz mniejszej liczby krajów, ponieważ zauważam, że z wiekiem mi się ta przypadłość coraz bardziej nasila.

Żeby jednak nie było tak pesymistycznie, muszę na koniec dodać, że samo podróżowanie po nizinach Toskanii i Emilii-Romanii od jednego urokliwego miasteczka do drugiego, od jednej winnicy do drugiej, było po prostu cudowne. Widoki zapierały nam dech w piersiach i co chwilę skowyczeliśmy z tęsknoty za możliwością mieszkania w takim miejscu. A tak po prawdzie to jesteśmy rozdarci, czy jeśli wygramy w totka (kiedyś w końcu musimy, prawda?), to przeniesiemy się właśnie w te rejony Włoch czy jednak do francuskiej Prowansji. Obydwa kraje kuszą. I to bardzo.

 
1 , 2